Nie ma to jak weekend we Lwowie

Długi weekend się już zaczął, sobota popołudnie zapowiada się nieco deszczowo i nieciekawie. Co tu zrobić?... 4 wolne dni... to może, nie, nie za mało czasu... a może jednak? Tak, tak - pakujemy plecaki i do Lwowa. Trafił nam się znajomy i w trójkę postanawiamy uciąć sobie szalony weekend w wersji skrótowej (w czwartek muszę być w pracy wrr...) całe szczęście, że Albin na to przystaje - wszak wiadomo: razem raźniej! Krótkie rozdanie kart i siadam do neta szukać spania... 5 minut i nocleg zarezerwowany... Dzień na zorganizowanie się i w niedzielę o 20:30 siedzimy w pociągu do Przemyśla.

Druga w nocy wysiadamy, mamy 4 godziny do porannego busika na granicę: aparaty w dłoń, plecaki na plecy idziemy w miasto. Przemyśl puściutki, cichy, pięknie oświetlony - pozwala się nam wyżyć na maxa.


     

Zmęczeni nocną eskapadą wracamy grzecznie na dworzec,

  

kawusia, herbatka i przerzucamy się w okolicę busików. Nic z tego - wyłuskuje nas miły Ukrainiec i kusi propozycją zawiezienia prosto do Lwowa... Oczywiście dajemy się skusić przepłacając niepotrzebnie i o 9:00 lądujemy pod dworcem głównym we Lwowie. Na plus wychodzi czas, oszczędzone nogi i możliwość drzemki w aucie.

  
  

Aparaty w dłoń i idąc do Hostelu po drodze uwieczniamy wszystko, co warte pstryknięcia.

        

Hostel okazuje się bardzo dobry, czyściutki, łazieneczki, ciepła woda, kuchnia, do rynku 7 minut na nogach i to wszystko za marne 110 Hrywien za dobę! Plecaki zostają w pokoju, prysznic i w miasto. Rajd po ulicach starego miasta kończy się na wieczornym piwku, nogi bolą, ale miny tęgie - tyyyle materiału i wrażeń! Poszwędaliśmy się po starym mieście i okolicach rynku

     
     
  

Wyszliśmy na wieżę zegarową, żeby zobaczyć za całe 10 hrywien panoramę miasta.


     

Do tego trafiamy na piękną pogodę, słoneczko i cieplutko... wpadamy w blogostan i zmęczeni odpuszczamy wieczór. Apropos wieczora: okazuje się, że oświetlenie ulic włącza się tam dopiero po nastaniu ciemności(!)


Następny dzień i następne ambitne plany: Zamek, Cmentarz Łyczakowski, Cmentarz Orląt i nocny Lwów! Plan zrealizowany w 100% - nogi chodzone po kolana, fura zdjęć na kartach. Zamek przekształcony w kopiec, cmentarz piękny i ogromny.

     

Na cmentarzu spotykamy chłopaczka, który zbiera na łapówkę za wizę na studia, opowiada nam nie tylko historię swojego wyjazdu, ale i wiele innych ciekawych historii. Przy okazji w drodzę powrotnej odnajdujemy Uniwersytet:


Potem kolacyjka, piwko

  

... i po zapanowaniu ciemności ruszamy na nocne zdjęcia... No cóż, Lwowianie mają nad czym popracować, stanowczo za mało oświetlonych zabytków, ale zawsze przecież coś...

     

Trochę smutno, że nazajutrz musimy robić odwrót, ale właściwie to co najważniejsze zobaczyliśmy.

  
  

Rano już w drodze na dworzec odwiedzamy targ - Lwowianie nie przejmują się 1 Maja, praca wre, aż furczy! Targ to takie skrzyżowanie typowego placu targowego i tandety z ciuchami, tłok, ruch, ciżba: przeciskamy się dokumentując co się da...

  

jeszcze rajd po pamiątkowy kubek i na dworzec tym razem wyławiamy "marszrutkę"

  

i za 23 hrywny po 1godz. 40 min. lądujemy na granicy przekonując się po drodze, że dobry asfalt to tylko Medyka-Lwów na Euro został polożony, reszta to dziury i dziruska różnej maści. Granicę pokonujemy na "mrówę" i już po polskiej stronie za 2 złocisze lądujemy na dworcu kolejowym.

  

Dwie godzinki w Przemyślu w oczekiwaniu na pociąg do Krakowa

    

W domu jesteśmy jeszcze w środę, śmierdzi malizną... jutro do pracy niech licho porwie! Co zobaczyliśmy to nasze! No i jeszcze jedno, przypomnieliśmy sobie jak to się jeździło i zwiedzało z plecakami  SUPER!



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***