Bieszczady i Dolina Śmierci

2012 okazał się bardzo nietypowym rokiem dla nas - nietypowym, bo choć trudno w to uwierzyć bez Bałkanów! Z różnych niezależnych od nas przyczyn musieliśmy zweryfikować nasze wyjazdowe plany i z bałkańskiej ich części z żalem zrezygnować.

Zrezygnować z Bałkanów to nie znaczy w ogóle zrezygnować z wyjazdu! W ten sposób udało się wykroić wypad w Bieszczady i do słowackiej Doliny Śmierci. Na początku długiego majowego weekendu zapakowaliśmy pojazd nr. 2 w naszym domu, czyli poczciwego starego Poniaczka i wyruszyliśmy na wschód (nie mylić z osadnikami, którzy to jak pamiętamy z piosenki szli na zachód). W boczną kieszeń zapakowana mapa Bieszczad i atlas Słowacji, w bagażnik namiot, materac i śpiworki, na tylne siedzenia reszta sprzętu turystycznego oraz trochę tzw. bambetli i... cała naprzód.

Bocznymi drogami, gdzie jak wiadomo są piękne widoki i różne niespodzianki. Jeszcze przed Krosnem wita nas znak "uwaga rysie" my go odczytujemy po swojemu...znaczy się: Bieszczady coraz bliżej!
Na wieczór dobijamy do Dukli - na wieczór, bo oczywiście poniosło nas skrótami i poczciwy niziutki Hultaj szorując podwoziem o trawy zaliczył swoisty off-road.

  

My w nagrodę podziwialiśmy coraz rzadziej widywane w Polsce stada pasących się muciek, dzięki czemu nasza średnia przejazdu wydatnie spadła.

Pierwszy nocleg - luksuśny w młodzieżowym schronisku: jest łóżeczko, ciepła woda, kuchnia i nawet TV! Na pustym mini ryneczku, ani żywego ducha...


tzn. było paru tubylców już nieźle uraczonych złotym "napojem bogów". Nocleg urozmaicony pięknym barytonem śpiących przygodnych kompanów, przygoda czeka... Pogoda super - na pierwszy rzut jedziemy na Przełęcz Dukielską, podziwiając po drodze liczne drewniane cerkiewki.

  

Głównym naszym celem nie są jednak owe śliczne zabytki lecz żywe ślady wielkiej bitwy, która rozegrała się na tych terenach w roku 1944. Miały tu miejsce ciężkie walki armii niemieckiej z wojskami radzieckimi. W walkach trwających od 8 września do 30 listopada między Duklą, a Presovem zginęło ok. 140 tysięcy żołnierzy.


Między innymi miała tam miejsce wielka bitwa wojsk pancernych, bitwa której ślady po dziś dzień rozesłane są po całym terenie w postaci porzuconych na polach czołgów - miejsce to nazwane zostało Doliną Śmierci.

  

Po stokroć warto odbyć tą podróż w przeszłość - wszak pokolenie, które pamięta czas wojny już odchodzi, młodsi mają dość epatowania ich II Wojną Światową w czasach socjalizmu, a najmłodsi... mają inne problemy i nie są zainteresowani martyrologią ani w starszym, ani w nowszym wydaniu...


Jednak przejażdżka po okolicach wsi: Kapisova, Vysna Pisana, po miasteczko Presov niejednemu pobudzi wyobraźnię! Jeśli jeszcze im podpowiedzieć, że z radzieckiej kolumny pancernej liczącej 65 czołgów T-34 pozostały tylko dwa... Chodząc po polach pomiędzy czołgami, pasącymi się krowami można wyobrazić sobie szum bitewny.

     
     

Nam się nie udało zobaczyć, ale co dwa lata na tych terenach odbywa się rekonstrukcja tej bitwy! Dwa dni w tym rejonie pozwala jednak zobaczyć każdą z tych porzuconych smutnych pamiątek. Czas powrotu na stronę Polską - czeka ciąg dalszy naszych planów.

Postanawiamy zacząć od nieczynnego tunelu pod Przełęczą Łupkowską.


Zostawiamy wehikuł na gruntowej drodze w cieniu świerków i modrzewi. W rękę sprzęt fotograficzny i latarki - marsz w strone tunelu. Tunel został oddany do użytku 30 maja 1874 roku, łączy Polskę i Słowację. Ma bardzo ciekawą historię, podczas każdej wojny był burzony i odbudowywany! Obecnie już nic przez niego nie jeździ i można sobie go przejść na piechotę, lądując u naszych sąsiadów... W zależności od przechodzących frontów obu wojen jedni go burzyli - drudzy odbudowywali... Ostatniej odbudowy dokonali Rosjanie, o czym można się przekonać przechodząc na stronę słowacką - widnieje tam radziecka tablica informująca wszem i wobec, że: "co niemiecka nienawiść zniszczyła , to bratnia ręka sowieckiej armii odbudowała"


ze zrozumiałych więc względów po polskiej stronie tablice są podemolowane, a od słowackiej odrestaurowane w podzięce, że im ktoś nieszczęsny tunel odbudował.

  

My zrobiliśmy sobie pieszą nim przeprawę, znajdując przy okazji świetne miejsce na trampingowy nocleg po stronie naszych braci,a po powrocie mała wyżerka z popitką w cieniu drzew i tu niespodzianka! Hu-Hu... Hu-hu w środku dnia - na gałęzi 3m od nas siedzi ogromna sowa i aż jej się łepek obraca od przyglądania się intruzom! Była tak ciekawska, że pozwoliła zrobić sobie małą sesję zdjęciową!


Popołudniowy odwrót pozwala nam zwiedzić stareńki, porzucony cmentarzyk nieopodal "Końca Świata".

     


Jeszcze tego samego dnia docieramy do Duszatynia... nasze biedne auto pokonuje kolejne gruntówki i trzy brody w rzece (nabawiając się solidnego guza w podłodze!) Tu na dzikim polu namiotowym nad rzeczką rozkładamy po raz pierwszy nasz namiotek (poprzednie noclegi to schronisko i wewnątrz auta)


- można wyciągnąć leniwie kości, a nawet napić się piwa w przydrożnym barze. Obok baru malutki sztuczny stawek, napis na kamieniu obok głosi, że jest to ostoja kumaka-pijaka... Śmiech, śmiechem wracamy do namiotu po ciemku, pilnie jednak patrząc pod nogi, by nie zadeptać ani jednego skaczącego po niej kumaka!

  

Całości dopełnił przezabawny regulamin przybity do wiaty.


Postanawiamy zrobić sobie w tym urokliwym miejscu bazę wypadową, jako "że i kraj ciekawy i ludzie mili", że zacytuję naszą koleżankę z Gdańska.

Jako się rzekło, zwiedzamy okolicę, co rusz gonieni przez burzowe chmury, które jednak mają przed nami respekt - dając piękne granatowe tło do zdjęć, obchodzą nas jakoś dookoła!

     

Znowu podziwamy piękne okoliczne cerkwie i robimy wycieczkę w góry do Jeziorek Duszatyńskich. Nasi sąsiedzi z pola namiotowego opowiadają nam historię o rodzinkach, które wypadają w lecie z różnego rodzaju "pływaczkami" dmuchanymi mając nadzieję się w nich wykąpać (!) a tu... po dwugodzinnym spacerze pod górę Chryszczatą - porażka :))) Zaciekawieni opowieściami postanawiamy sprawdzić. Idziemy bez "pływaczków" za to z aparatami i wodą do picia. Faktycznie dwugodzinny spacer (spacer, bo po drodze robimy zdjęcia) i są - Jeziorka Duszatyńskie.

     


Obok tablica informacyjna - poczas naszego tam pobytu ok.1 godz. przewinęło się paręnaćie osób - ŻADNA nie pokwapiła się, żeby poczytać i dowiedzieć się co i jak! Ja wiedziona ciekawością jednak grzecznie człapię pod tablicę i dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy, a jakże. Np. że okolica ta stanowiła ostoję tutejszej bardzo prężnej partyzantki to raz. Dwa, że jeziorka te powstały 100 lat temu dopiero na wskutek katastrofy ekologicznej po ulewnych opadach deszczu. Pewnej nocy 13 kwietnia 1907 roku rozległ się niesamowity rumor i tąpnięcie. Tubylcy myśląc, że to diabeł i nastapił koniec świata pouciekali z domów, a to tymczasem osunęło się zbocze góry, a osuwając zagrodziło w paru miejscach strumień. Tak właśnie powstały owe jeziorka.

Jeszcze trochę włóczęgi po okolicy i powoli nadszedł czas powrotu... Już zwijając namiot dowiedzieliśmy się, że na miejscu naszego pola namiotowego przed II wojną była szkoła, a dookoła wioska z 25 domów! Muszę przyznać, że trochę głupio mi się zrobiło, że tak dobrze się bawimy, stojąc, śpiąc i łażąc po szczątkach tego, co banderowcy spalili, być może tam, gdzie zginęli mieszkańcy... No cóż, historia Bieszczad jest równie dzika jak one same...

     

W drodze powrotnej jeszcze jedna spalona wraz z mieszkańcami cerkiew, jeszcze jeden obrócony w perzynę dworek, stado koni i nocleg obok gniazda szerszeni


    i ... witaj Krakowie.


***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***