Kosovo 2011

Kraj budzący ogromne kontrowersje. Tygiel kulturowy, etniczny i duże różnice społeczne dopełniają reszty. Zacznijmy od początku. Lipiec jak przystało na Bałkany miał być słoneczny i cieplutki, na miejscu okazało się, że nic bardziej mylnego, przyroda spłatała nam figla. Było zimno, mokro i pochmurno, spodziewane słoneczko, jeśli świeciło to nie rozgrzewało po bałkańsku. Max 25' brr. Okropne, nieprawdaż? W nocy było jeszcze gorzej ok. 10-12' a w górach, przeszło najśmielsze oczekiwania ok. 5' - nie pomagały koce i śpiwory, niejednokrotnie zmuszając nas do spania we wszystkim, co mieliśmy!
Efekt uboczny był taki, że niektórzy z grupy chcieli za wszelką cenę spać w hotelach, niektórzy najnormalniej nie byli finansowo na to przygotowani, co odbiło się na relacjach i humorach wszystkich.

Nie wszystko było złe i takie czarne, przygody zaczęły się już w Serbii, gdzie nocowaliśmy 2x. Jeden z noclegów wypadł przy gorących źródłach w opuszczonym kurorcie pod jugosłowiańską Kurszumilią, u stóp olbrzymiego kompleksu sanatoryjnego.


Wewnątrz zamkniętego ośrodka termalne baseny, sale ze sprzętem rehabilitacyjnym, wyposażone pokoje, stołówka na 300 osób wg. opowieści zatrudnionego do pilnowania ciecia wszystko "napędzane" gorącymi źródłami. Po jednej stronie ośrodek, fontanna, miniony przepych, a po drugiej łąka - boisko, gorące źródła i my w naszych namiotach. Obok posterunek policji "panującej" nad wszystkim oraz parking-cmentarzysko. W górach, gdzieś nad nami przejście graniczne tzw. Gate 2.
Nazajutrz ruszamy na wspomniane przejście, pniemy się do góry leśną drogą, aż tu z naprzeciwka pełnowymiarowy TIR wynurza się z zieleni, a za nim pomniejsza ciężarówka z dźwigiem do rozładunku - byliśmy tak zaskoczeni, że nawet nie zrobiliśmy zdjęć tej sytuacji. Przemyt pełną gębą! Przejście górskie okazało się wojskowym, nie do pokonania dla nas - jak głosiła tablica poniżej - zabroniono patrzenia, fotografowania i przechodzenia! Więc parę zdjęć :), za tablicą baza wojskowa, której załoga całkiem poważnie traktowała swoje obowiązki. Udało się jednak Andrzejowi podejść z otwartymi oczami (choć patrzenie zabronione!) i pogadać całkiem przyjaźnie. Przyjaźń ograniczyła się do pomachania i odtrąbienia naszego odwrotu, bo o przejeździe to nawet nie było co dyskutować.


No i pewnie tak to się zaczęło! (vide - "Jak rozpętałem II wojnę światową")

Wracamy na asfalt i właściwe przejście graniczne. Płacimy obowiązkowe ubezpieczenie i Kosowo stoi otworem. Płaskie i górzyste, piękne i brzydkie, bogate i biedne, ze swoim bagażem ludzkich łez epatujące swoją wojowniczą historią i nękane rozterkami dnia dzisiejszego - PODRÓŻ PONAD PODZIAŁAMI, czy się udało zrealizować nasze zamierzenia?

Wszystkiego na raz zobaczyć się nie da.
Na początek przejechaliśmy przez "krowi tunel"



- krowi, bo są to główne rezydentki tego osobliwego tunelu i jadąc trzeba było uważać, gdzie która stoi, leży, czy też śpi sobie smacznie (tunel oczywiście nieoświetlony). Dalsza droga zaprowadziła nas do Mitrowicy podzielonej na część serbską i kosovską. Obie części rozdziela rzeka, a łączy dość pilnie strzeżony most.


Następny dzień to Dolni Prekaz k/Mitrowicy, słynący z mauzoleum Adema Jashariego. To najważniejsza część nowego etosu tego kraju. Dla jednych to bohaterzy, dla drugich bandyci, jeszcze dużo czasu minie, zanim historia osądzi, kim byli naprawdę.


W dalszej drodze dane nam było odwiedzić parę Kulli - warownych domów przekształconych w muzea walki o niepodległość. Kolejny dzień, kolejne kontrowersyjne miejsce: Kosovo Pole - miejsce słynnej bitwy z Turkami.



Ponieważ jednak to Kosovo i Bałkany, to żeby nie było łatwo: miejsce święte i dla Serbów i dla Kosovarów, jedni i drudzy przypisują sobie zwycięstwo, wyrywając sobie nawzajem z rąk tą przetargową kartę historii.
Dalej nijaka Prisztina, tuż za nią cerkiew w Graczanicy.



Aby ją zwiedzić nasi panowie musieli sobie robić kiecki z chust naszych pań jako, że chwilowo upał był niemiłosierny i królowały krótkie spodenki! Kolejno stanowisko archeologiczne Ulpiana - rozdmuchane jako największa starożytna miejscowość, w realu wyglądające jak rozkopane ogródki działkowe. Cóż, Kosovian czeka tam jeszcze duuużo pracy! Jako trochę przyrody Jaskinia Marmurowa - aragonitowa, jedna z trzech takich w Europie.


     

Jedziemy dalej - miasteczko Ferizaj z pociągiem jadącym bez żadnych zapór, czy odseparowania przez sam środek miejscowości. Pogoda płata psikusa: leje i zimno, więc dalej po rozgrzewającej kawie, górami do Prizrenu.

  

W Prizrenie po wspólnym zwiedzeniu zabytków niektórzy zrobili sobie przejażdżkę dorożkami.



Po małej przerwie w dalszą drogę przez targowisko w Gjakowicy, kanion 13 wodospadów do Wysoki Deczani - kolejnej zabytkowej cerkwi. Cerkiew bardzo piękna i ciekawa, jednak dla wielu okazał się ciekawszy dojazd do niej poprzez wojskowe zasieki, pod czujnym okiem włoskich karabinieri.


Zresztą, by wejść do niej potrzebowaliśmy właśnie od nich przepustek! Trud się opłacił - warto było zobaczyć przepiękne freski w ogromnej budowli.


Kolejne zabytki były, to ponowny wypad na łono przyrody. Zjeżdżamy w góry, by dotrzeć pod Tripoint i otrzeć się o szlak przemytników. Pogoda znowu bryka, jest zimno, to mało powiedziane!



Bałkany, lipiec, a my mamy temperaturę ok. 5' (!) Część odpada z górskiej wycieczki i kłapiąc zębami zjeżdża w dół do Peczu. Czterech odzianych w polary i kurtki śmiałków jednak zdobywa góry,



by późnym popołudniem dobić do reszty załogi, leniwie spędzającej czas w mieście. Tymczasem to, co warte uwagi znajduje się poza nim! - Patriarchat w Peczu

     

to kolejna piękna cerkiew powstała z połączenia trzech starszych. Tu spotykamy Polaków z misji pokojowej


  

- krótka rozmowa, fotki i na nas czas, czeka dolina Gryka Rugowa, czarowna droga pośród skał dnem kanionu.



Próba przekroczenia granicy górami spełza na niczym, przejście po wojnie bałkańskiej zostało zasypane na amen w pacierzu! Wracamy grzecznie na asfalt i



wygodną drogą do Czarnogóry - jeden z ostatnich noclegów Ropojańska Dolina, wodospady Wezyra i błękitne oko


     

znowu zimno. Mamy nadzieję na ciepełko w Albanii. Przejazd surową doliną rzeki Cem.


     

Surowa dolina i surowa pogoda - niestety mżawka i nie najcieplej. Koniec naszej wspólnej włóczęgi w czarnogórskim Ulcinj.


Bawiliśmy się dobrze z naszą misją w ramach KFORu, bawiliśmy się równie dobrze (no może trochę nerwowo) na Check-Pointach w Mitrovicy, gdzie Milicja miała wielkie problemy, czy nas w ogóle po nocy wpuścić do miasta, choć UNMIG za dnia przepuścił nas przez strategiczny most.
Problemem była woda w naszych kanistrach, która dla nich (policjantów, nie wojskowych) nie koniecznie była wodą, może nitrogliceryną, ale po mojej propozycji, żeby się jej napili - zrezygnowali. Musieliśmy jednakże rozbebeszyć sporo bagażu i spakować to ponownie.
Stacje z gazem co kilkanaście kilometrow. David nie zrobił nawet kilometra na benzynie.

Reasumując, to kraj strasznie naznaczony, to kraj przyprawiający o rozdwojenie jaźni.
Nie sposób go zrozumieć (a byliśmy tam 4ty raz,), kraj z niewiadomą przyszłością, z przeszłością bohaterskiego UCK...(hmmm?!) Pogoda dopełniła całości, też kontrowersyjna, jak na lipiec na Bałkanach.
Serbowie walnęli nam na koniec w paszportach wielgachne pieczęcie "Anulate / Poniszteno", na pieczątkach kosovarskich!
            Czyli nie byliśmy w Kosovie?



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***