TRANSALBANIA 4x4 - 2009

stała się faktem, ba, niestety przeszła już do historii - czas biegnie nieubłaganie i to, co dopiero było znakiem zapytania - już za nami.

Przejechaliśmy całą Albanię od środka do południowych krańców i zygzakami ku północy wzdłuż całego wybrzeża, przedzierając się przez kilka pasm górskich w środkowej części kraju, by znów powrócić nad morze. Było może nie super off-roadowo, ale za to intensywnie - budziliśmy się o 6:30 i chłonęli szlak do wieczora, tak, że tylko 2 razy udało nam się rozbić obozowiska za dnia.
Najważniejsze, że udało się zrealizować wszystkie zamierzenia i również wszyscy bezstratnie wrócili do swych domów.

Zaczynamy: zapiąć pasy, zgasić papierosy, zapalić światła!
Nieee, noo, co jo godom, co jo godom - Albania, to jeszcze normalny kraj, jakie pasy, jakie światła?? A i palenie jest tu w modzie!

WITAJ WOLNOŚCI! WJEŻDŻAMY!


Przez bramy niebios wkroczyliśmy w naszą wyprawę

            

na początek wznieśliśmy się z naszymi maszynami, jako te kondory, powyżej chmur.

            

Łagodnym ślizgiem, lub, jak niektórzy wolą - trawersem opadliśmy na sam dół, czyli do poziomu lustra wody Jeziora Preszpańskiego ...

            

Skończył się asfalt, a zaczęły ulubione klimaty:

            

...i za niedługo zanurzyliśmy się w niesamowity klimat jednego z najstarszych na Bałkanach bazarów, pamiętającego czasy karawan wielbłądów.

            

Magiczne miejsce, z magicznym hotelikiem, w którym owe karawany popasać stawały.
Ponoć w kwestii czerpania wody nic się przez stulecia nie zmieniło, co udowodnił nam sympatyczny mieszkaniec owego przybytku.

            

Wody popili, pragnienie ugasili, no, jak zwierzęta po prostu, jak zwierzęta.
I w drogę?
Niee, no, jak to , przecież tu, w Korczy jest browar. Powiecie - no i co? Nie pierwszy i nie ostatni.
Tak, ale ten jest najstarszy, a obecna jego linia technologiczna pochodzi z ... Polski
Zanim więc w drogę - Gezuar!!!

            

Następnego dnia droga off-roadowa bardzo była, choć nie autami, lecz pieszo zaliczyliśmy 8godzinną przeprawę jednym z najpiękniejszych, a niektórzy twierdzą, że najpiękniejszym kanionem w Europie. Emocje sięgały zenitu, gdy woda sięgała ust, a sprzęty fotofilmowe od tafli wody dzieliły centymetry. Braterska pomoc uratowała te zapisywacze kart od niechybnej zguby w nurcie rzeki.

            

A wszystko to, by zobaczyć przepiękne, dzikie wodospady w towarzystwie naszej albańskiej przyjaciółki-przewodnika:

            

i co najważniejsze - nie zobaczyć przez parę godzin w tych wspaniałych miejscach żywego ducha!!
Jeżeli ktoś był w Czarnogórze i urzekło go piękno kanionów Tary, Moraczy czy Mrtvicy, to tamte miejsca pozostają daleko za pięknymi kanionami albańskimi.

Po męczącym powrocie czekały gorące źródła u wejścia do kanionu i po kilkunastu minutach kąpieli, spod ziemi, a raczej spod wody , objawiła się butelka rakii, dzięki której po następnych kilkunastu minutach byliśmy zaprzyjaźnieni ze wszystkimi kąpielowiczami!

            

Kąpiel kąpielą, ale nam trzeba dalej - wyżej.
Lecz najpierw do zaprzyjaźnionego motelu na integrację, którą bardzo wspomogły domowe wyroby ojca naszej przewodniczki.
Następnego ranka wylewne pożegnania i jako się rzekło: dalej-wyżej.

Wizytujemy Sarandę

            

tu nocujemy na klifach, w obecności modliszek, sporych rozmiarów pajączków i skorpioników, mających apetyt na nocleg w niektórych z naszych namiotów

            

            

            

Nie zeżarci przez wyżej wymienioną zwierzynę obowiązkowo udajemy się do Butrintu - perły albańskiego antyku, miejsca, z którym wiąże się kultura przedchrześcijańska, tu pisał i natchnienie czerpał Lord Byron, tu... dłuuugo by można o tym pradawnym mieście - bo ładunek historii jest tu niesamowity, aż po dziś dzień.

            

Historia historią, a widoki stąd też piękne:

            

Dajemy na północ, poprzez góry, roponośne pola (odkryte zresztą przez naszego rodaka)

            

i przełęcze pomykaliśmy z zawrotnymi prędkościami 7-15km / h

            

            

by z reguły już po zmroku rozbijać obozowiska. Niekiedy było jednak widno i można było taki fakt udokumentować.

            

Poranek - pobudka 6:30 i dalej w drogę, czasem taką,

            

a czasem taką.

            

A czasem dobrze strzeżeni:

            

Tu nasi szanowni Fronterowi Klubowicze wśród gór:

            

Jednak największy szacun dla załogi Rav`ki, która przeszła wszystko bezstratnie i cierpliwie,

            

choć po cichu powiem, że nagiąłem trasę w stosunku do pierwotnej, by wrócili o własnych siłach.
Pochylamy się w skupieniu i ze smutkiem, oddając cześć tysiącom pomordowanych ludzi w podobnych, jak ten, obozach pracy, które stworzono w całym kraju, a do których trafić można było bardzo łatwo. I często dokonać tam swego żywota:

            

Ale dziś - jest bezpiecznie  

            

i bez większych przeszkód pokonaliśmy górskie trakty -

            

Wreszcie spoza gór i rzek zjechalim na brzeg! A tam , na lagunie pobyczyliśmy się 2 dni, zbierając muszelki i jarając się na mahoń.

            

            

            

Posiedzieli, pokąpali - dalej w drogę, bo nudno się robi - przed nami Tirana, Kruja, Szkodra.

            

            

No i tu koronny przykład i powód nostalgii mej i żalu. Żalu za tym, co mogłem zobaczyć 5-4 lata temu , a co odeszło , niestety bezpowrotnie.
Wdzierająca się nieuchronnie plastikowa cywilizacja, ba, w ogóle cywilizacja, do ostatniego normalnego , nie złunjifikowanego kraju. Oto zdjęcie z zeszłego roku - pomnik 5ciu bohaterów Vigu - symbol miasta Szkodry i obecne.

            

Pomnik "poległ" dnia 31.stycznia b.r. z powodu "dekomunizacji" kraju, gdyż w życiorysie rzeźbiarza odnaleziono niepoprawne dziś wątki. Skąd my to znamy?

Na osłodę jeszcze koncert jednej z gwiazdek kosovskiej estrady:

            

ładnie mi tu pozującej, z którego wyszliśmy (już tylko w 5 osób) dość potężnie ogłuszeni i ...

WIELKI FINAŁ w postaci trzęsienia ziemi w Ulcinju!
Tak, tak, potrzepało nami, a Pajero jednej z załóg, wypakowane na dachu i gotowe do odjazdu pokołysało się konkretnie.
Wrażenie niesamowite, ale za powtórką jakoś nie tęsknię.

No i cóż - dobrze było, ale się skończyło.
Czas zbyt szybko, stanowczo zbyt szybko pędzi, niektórzy nawet twierdzą, że nie pyta i nie stoi.
Tak czy owak - Alfred Nowak - odwrót do domów.

W powrocie jeszcze tylko uwielbiane przeze mnie Sarajevo

            

            

Jeszcze piramidy (czy rzeczywiście?) w Bośni, które zrobiły nam psikusa i zapadły w chmury (choć nocowaliśmy prawie pod szczytem tej zwanej "Piramidą Sunca").

W końcu nudna, jak flaki z olejem i snującymi się po niej tubylcami, droga przez Węgry (zawsze sobie myślę, co ja komu złego zrobiłem, że muszę jeździć po węgierskich drogach?) i już prawie w domu.

No cóż , do zobaczenia Albanio, do przyszłego roku!

            

Jeszcze tam wjedziemy, zanim nie pochłonie tych pięknych rejonów i wspaniałych ludzi wszechobecna cywilizacyjna zagłada.
Wjedziemy, bo założyliśmy sobie Plan Sześcioletni - 6 lat -> 25pobytów.
Jak się doliczyłem, byliśmy w Albanii 23 razy, pozostały jeszcze dwa.

Tymczasem to by było na tyle, jak zwykł mawiać J.T. Stanisławski...

Pozdrawiam tych, którzy ze mną byli, piwo i rakiję pili, a w górach się nie zgubili.

Do przyszłego roku!!!
Nie żegnaj Albanio, nie - do zobaczenia już wkrótce!!!



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***