2008 - Łada Niwa jest the best

Nasze oczekiwanie i niepewność zakończyła popołudniowa godzina, wychodzimy na drogę i wkrótce jedzie... Łada Niwa jak żywa. Pięknie orurowana, z rasowym bagażnikiem wyprawowym, w środku małżeństwo, turlają się, aż z nad Polskiego morza! Chwila niepewności - pierwsze poznanie i... będzie dobrze. Jutro będziemy już na Albańskich drogach! Pan Andrzej (tak ma na imię kierowca) opowiada jak to różne niedowiarki nie wróżyły mu dojazdu do granicy Polski - a tu proszę koniec Europy nie tak daleko! Rankiem wjeżdżamy, jak zwykle trochę formalności na granicy i przyjaźnie powitani przez kolejnych celników jesteśmy z powrotem na drogach pełnych kurzu, jedziemy nad morze asfaltem w przebudowie (popisy kłębów kurzu), widoki wynagradzają tą pylicę.

Nasi towarzysze podziwiają pierwsze bunkry i wodospady, zatrzymujemy się w obczajonym rok wcześniej hoteliku w Permet. Jutro dzień przerwy połączony ze zwiedzaniem kanionu i moczeniem się w gorących źródłach. Następny nocleg będzie wyprawowy - na dziko, nad morzem. Upał nie przeszkadza spenetrowaniu Butrintu,

choć doskwiera bardziej naszym towarzyszom - są nieco starsi od nas, Łada zaś jest mniejsza i bardziej się nagrzewa w środku niż nasza Frota, a o klimatyzacji nie ma co marzyć, erkondyszyn dają tylko opuszczone do zera szyby.

Kolejne kaniony poznane przez nas dają również wytchnienie tuż nad wodą - tym razem słodką. Tu ruszamy w góry - na poszukiwanie chleba... Łada trzyma się dzielnie, jej właściciel wraz z żoną też, choć, doskwiera upał, cukrzyca i zatrucie żołądkowe.

Trzy godziny posuwamy się pod górę poszukując jakiejś wioski, w końcu jest. Wjeżdżamy na "ryneczek" (placyk - centralne klepisko raczej) jest i knajpko-sklepik. Chleba oczywiście nie ma, jest za to zimne piwo i miejscowa rakija, wzbudzając zachwyt Ładowiczów - no i zdumienie wśród lokalesów. Zdumienie, ponieważ to Pani Ula wstaje i głośno recytuje wyuczoną prośbę o alkohol. W knajpce chłopy siedzą i głośno dyskutując jedzą swoje małe co nie co, a tu kobieta... z taką prośbą... i od razu całą flaszkę... nie kieliszek... - słychać jaką zadyszkę ma latająca nieopodal mucha... Rozmowa mojego Andrzeja, upominki i gesty przyjaźni rozprężają atmosferę, w efekcie czego my też wychodzimy z flaszką (!) - no tak chleb jest... Damy radę, bo jak my nie damy to kto da? Zamiast chlebka na kolacje zupki w proszku itp. Po tej przygodzie nazajutrz przebijamy się dalej. Droga wiedzie (czerwona na mapie - w rzeczywistości szczątki asfaltu, zanikające wraz z przebytą odległąścią) przez tereny roponośne. Ropa sączy się malowniczo pomiędzy "kiwaczkami", pomiędzy trawkami, sączy się malowniczo - a pachnie... tfuuu, dawno już nie czułam takich mdłości, upał jak diabli okna nie sposób zamknąć, żeby nie odkorkować z przegrzania.

Ale czegoś takiego w życiu nie widziałam, żeby sobie po polu roponośnym tak śmiało pomykać, przez nikogo nie nękanym (w ogóle nikogo nie było!) Dla odmiany trochę morza i nocleg na lagunie Nartes - dwa dni w cieniu piniowego lasku tuż nad morzem, wokół piaseczek, leczymy zatrucie pana Andrzeja i odpoczywamy po wrażeniach.

Jeszcze odwiedziny w Beracie mieście 1000 okien w hoteliku dla odmiany i odmycia się i drogą górską do Burel . Tu czeka nas krótka przerwa w podróży, na zakręcie w lasku miały czołówkę dwie Ify z drewnem, czekamy, aż uporają się łomem z zakleszczonymi zderzakami. Z jednej chłodnicy ciurkiem wylewa się płyn. Objechać się nie da, trzeba czekać, szczęście, że w pobliżu jest źródełko z ożywczą zimną wodą. Przy tej drodze nieco dalej rozkładamy biwak nad jeziorkiem, piękny zachód słońca i pilnowani przez właściciela łąki i jego barany idziemy spać. Znowu hotel (ale rozpieszczamy towarzystwo! - tylko stosy wszędobylskiego kurzu nas usprawiedliwiają, no i długie włosy naszych lasek). Nazajutrz żegnamy Załogę Łady kierując ich na Szkodrę i do Czarnogóry - na nas jeszcze czeka Durres.

I droga powrotna do Polski doliną Moraczy, 4 dni w Durmitorze, Mostar i.... Koniec.


Aż się prosi zacytować: "Lato, lato, lato ech że ty." A nasze hamulce? Pompę hamulcową odebraliśmy z Ambasady w Podgoricy wracając już do Polski - szła priorytetem ponad 3 tygodnie! Cale szczęście, że dało się jeździć z lekką nutką niepokoju czasami, oczywiście hamulce w naszych warunkach klimatycznych wróciły do normy, a pompa leży sobie na szafie i czeka... Trzeba wymienić przed następnym wyjazdem jeden z tłoczków, a pompę wrzucić do bagażnika. Ale Łada Niwa to dzielny malec, dopakowana na maxa wlazła wszędzie i tylko parę razy przypakowała oblachowaniem w Albańskie rogate podłoże. A zespsuć się może wszystko, solidnie przygotowany samochód może zdobywać świat, jeśli tylko nie posiada zbyt wiele plastików do pozostawienia na jego nierównościach... i zbyt wiele elektroniki która głupieje w upale i kurzu, podejrzewam, że w wilgoci również.



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***