2008 - Wyprawa Opla Frontery

TRANSALBANIA 2008 - opowieść o tym jak Froty wyprawiły się do Albanii

Spotkało się 5 Frotek w pewien piątek 4.07.2008 i ....

Nazajutrz bladym świtem ruszyło w stronę przejścia granicznego w Chyżnem. Jechały dzielnie cały dzionek, pokonując niezmordowanie kilometry, (choć już Słowacy postarali się nas trochę uspokoić z pomocą masowego mandatu za przekroczenie szalonej szybkości 40 km/godz. po dotarciu do przejścia granicznego z Węgrami, wrrr...) by dojechać wieczorem do Sarajewa. Po pierwszej nocy nastąpiło expresowe zwiedzanie miasta. Przejazd ulicami, zwiedzanie Stadionu Olimpijskiego Kośewo, zwiedzanie starej dzielnicy muzułmańskiej.

Do widzenia Sarajewo! Czeka nas droga przez Czarnogórę pod granicę z Albanią. Nie obyło się bez pierwszej off-roadowej niespodzianki zgotowanej przez mapę. Okazało się, że na jednym z odcinków jest bowiem na niej lustrzane odbicie rzeczywistości. I tak znienacka wylądowaliśmy na zielonych górskich łąkach, gdzie ledwo widoczna również zielona droga zgoła nie była "żółtą"!

Na dokładkę po dotarciu na asfalt skręciliśmy w lewo czyli odwrotnie, niż miało być (zjechaliśmy na nią z drugiej strony). Błąd naprawiliśmy dopiero po 20 km w napotkanej wiosce, już bez przeszkód docierając o zmroku na miejsce kolejnego noclegu. Zimnym piwem i kolacją próbowaliśmy zaleczyć zmęczenie żmudnej, asfaltowej podróży. Do niektórych z nas dotarła prawda, iż Albania jest daleko... jednak rankiem miała już nas powitać górskim przejściem granicznym w Bashkim.

Poranne powitanie... pograniczników Albańskich uświadomiło nam, że właśnie się zaczyna Albańska przygoda! Reakcje zapewne były różniaste nikt nam ich nie ujawnił, ale po minach można było coś nie coś wywnioskować, np: wreszcie, ciekawe jak będzie dalej, czy dziś uda się wcześniej rozbić namiot, no teraz sprawdzi się lift itp., itd.

Pierwsza Albańska droga - w miarę równy szuter, dokoła masa ogromnych i mniejszych kamieni u podnóża otaczających nas szczytów.

Trasa do Vermosh wszak ma kolor szarego kamienia - i dotyczy to zarówno drogi, jak i otoczenia - surowego, monumentalnego i pięknego. Czas jazdy momentalnie się wydłużył, posuwamy się powoli, co chwilę robiąc przerwy na zdjęcia i opowieści o tym, co nas otacza. Trochę prawd, trochę legend wśród bunkrów i kamieni, po prostu wjazd do Albanii. Jednak zmęczenie ludzi długim dojazdem i nowymi wrażeniami zmusza nas do małej zmiany: zjeżdżamy na odpoczynek nad morze i rozstawiamy namioty na dwa dni na plaży. Szybkość dogadania się zawdzięczamy naszemu gościowi i honorowemu patronowi zarazem, mianowicie Honorowemu Konsulowi Albanii w Polsce, panu Jarosławowi Rosochackiemu. Jego nieoceniona pomoc w postaci znajomości języka ułatwi nam jeszcze nie raz życie, a Jego opowieści pomogą zrozumieć Albańczyków i ich zawiłe nieraz losy.

Pierwsza noc przypominała trochę przerwę w pustynnej burzy. Kupa piachu, morze, plażowy bufet i złakniona odpoczynku grupka wyprawowiczów. Namioty rozbite, kąpiel zaliczona, co nieco przekąszone, czas na obiecany utarg dla właściciela bufetu.

Myślę, że był zadowolony - ilość szkła na zestawionych stołach świadczyła o solidności naszych obietnic: nocleg za darmo, a utarg niezły. Pomogło nam w tym zmęczenie i upał. Niech żyje plaża! Jutro znowu wypad w góry. Po śniadanku pniemy się w Prokletije do Theth, pniemy się choć drogowcy w ciągu roku śmignęli 25 km świeżego asfaltu (!) umniejszając rangę terenowego dojazdu. Na szczęście pozostawili jeszcze spoooro uczciwej szutrówki.

Toczymy się wiec podziwiając piękno otaczających nas gór - wreszcie wioska. Poczęstunek u właściciela sklepiku kończymy zakupem sera - półki dosłownie uginają się pod towarem?.

Potem odpoczynek z przekąską nad kataraktami. Nawet najwięksi maruderzy wydają się być zadowoleni. 2 godziny przerwy w upalnej jeździe wieńczymy kąpielą w górskiej rzece. Daje nam to siły do dalszej jazdy, a siła jest potrzebna - to jeden z najtrudniejszych odcinków naszej wyprawy. Droga wyboista, kręta i długa, nuży wszystkich, do tego kurz daje się we znaki ostatnim. Nie raz przyszło niektórym zaliczyć "zawiechą" kamień.

Jednak to kurz jest bardziej dokuczliwy. Niecierpliwości nie okazują Ci, co walą betami w kamienie, a Ci, co jadą ostatni łykając zdrowe ilości kurzu, trzymając zawieszenie w przyzwoitej odległości od gruntu. No cóż, nagrodą będzie kolejna noc nad morzem. Zapada też decyzja, że będziemy się wymieniać kolejnością, by po równo obdzielać się tym mankamentem.

Kolejne dni to droga w góry Lury... Dwa dni asfaltu ma stanowić odpoczynek od wertepów. Kolejny nocleg wypada na brzegu jeziora zalewowego w pustym korycie rzeki.

Rano znajduję pod naszą sypialnią olbrzymiego kraba - dobrze, że się zakopał, a nie zainteresował np. naszymi polędwicami! I jest też wreszcie wymarzony hotel. Naszych aut pod tym przybytkiem pilnuje dzielna policja. Pilnuje bardzo skutecznie, biedny chłopek, który wykazał zbytnią ciekawość zaglądając przez szybę do jednego z aut zostaje momentalnie zwinięty przez dwóch stróżów prawa i to tak, że nie dotknął nogami ziemi! Cap za barchatki, do Iveco i w niespodziewaną podróż w towarzystwie dumnych policjantów. A my tymczasem - kąpiel, mycie, pranie i ... niespodzianka. Wypad do Kosova.... Taki niewinny, kto chce to jedzie, trzeba wszak okupić to 50 euro od auta na wojenne ubezpieczenie. Kto chce? - wszyscy chcą! I tak zamiast leżeć martwym bykiem i odpoczywać, 5 żuczków pnie się do góry autostradą w budowie na przejście graniczne. Lądujemy w Prizrenie. Jeśli ktoś myślał, że zobaczy jakąś powojenną demolkę i pełno żołnierzy trzymających towarzystwo za twarz - to się pomylił! Urokliwe, zabytkowe miasteczko wita nas kolorowymi sklepami, kawiarenkami, mnóstwem ludzi i aut na ulicach.

Po pierwsze, oczywiście wycieczka z przewodnikiem w postaci nieocenionego Pana Jarosława, znowu garść historii, opowieści o życiu mieszkańców - nie zawsze było tak różowo. Dopada nas noc w kawiarence, z której, gdy zapytaliśmy o możliwość połączenia dwóch stolików i o napój bogów w postaci oczywiście zimnego piwa, momentalnie przegonieni zostali goście w ilości umożliwiającej nam wygodną ucztę, wjechały zaś na stół czyste obrusy, proporczyki Kosova i zimne napoje. Powrót do hotelu przypada na 23 - czyste byczenie się, nieprawdaż?

Co dobre szybko się kończy... Skończyły się hotelowe wygody i asfalt. Droga w góry Lury nie jest łatwa - przed nami turystów zmotoryzowanych tam nie było, nawet Tibor - autor przewodnika po Albanii, przed nami tam nie wjechał ze swoją wyprawą. Próbujemy jednak, na początek dwa razy mylimy drogę, by następnie porządnie nałykać się kurzu.

Jeden z naszych klubowiczów tak się tym zdenerwował, że wypuszczamy go do przodu, wszak droga już tylko jedna, gdyby co ma się zatrzymać i czekać na nas. Jedziemy więc ostatni, na domiar złego An zapomina zamknąć szybę tylną i po pół godzinie orientujemy się - tego kurzu nie powinno być tak dużo, nawet Izie od niego puściła się krew z nosa! Krotki postój i dalej... po 8 godzinach jazdy docieramy do wioski w górach i szlabanu Parku Narodowego Lure. Darkowi jego Frota "wszamała"" 60l benzynki na 100km!!! Komputer z gorąca, upału i dziadowskiego paliwa zwariował, całe szczęście, że miejscowy miał zapas paliwa w plastikowych 1,5l butelkach po wodzie. Oj, będzie wieczorkiem kasowanie nastawów, co za dużo to nie zdrowo. Podczas urokliwego zachodu słońca docieramy nad jeziora, jest ich wokół nas 4 (cały Park to 16-17, nikt tego dokładnie nie policzył).

Namioty rozbijamy na grobli pomiędzy dwoma największymi: auto-namiot-auto-namiot-auto-namiot... jest pięknie i cicho. Tylko trzeba jeszcze ten komputer zresetować... uff... Lura nasza - można rzec - zdobyta.

Szkoda, że nie ma czasu i trzeba jutro zjeżdżać - ja bym najchętniej się tu jeszcze pokręciła... Zjeżdżamy przez Kurbnesh, kolebkę słynnej rodowej zemsty. Zagadnięty właściciel sklepiku odpowiada, że ma broń przy sobie i trzech gości przy stoliku również, ale nie pokażą - no cóż wierzymy na słowo. I docieramy późnym popołudniem do kolejnego hoteliku, w Burrel - to, co z nas spływa to... rudy kurz. Kurz spływa z nas w łazienkach, a kolorów naszych aut można się już tylko domyślać. Po drodze wychodzą małe usterki: otwiera się jedna klapa, cieknie jeden wał, nam się rozkręcił jeden halogen i ułamała się podpórka na telefon. Klapa została omotana taśmą, do wału dolewany olej, a halogen utrzymuje w kupie sznurówka z buta naszej Zulki (teraz wiemy po co zabierała adidasy!)



No i dla nas najważniejsze - pompa hamulcowa zrobiła się... jakby tu powiedzieć... mało skuteczna? Powodując zanik poczucia bezpieczeństwa. Wyspani w najprawdziwszych łóżkach, wymoczeni pod najprawdziwszym prysznicem rozpoczynamy ostatnią Albańską trasę przez Kruję do granicy z Czarnogórą. W Krui przerwa na kulturę - zwiedzanie Muzeum Skanderbega i etnograficznego, oraz przerwa na zakup pamiątek - kubki, bunkry, koniak, koszulki i czapki - wszystko to stało się naszym łupem.


Teraz możemy rozpocząć wielki odwrót. Do Dolnego Stoju - na opalanie się, odpoczynek i pożegnanie...

Nasz zaprzyjaźniony i wypróbowany od 6 lat kemping okazał się jednak zamknięty! Konsternacja i burza mózgów. Zrobiliśmy taką zadymę, że pojawił się po chwili nowy właściciel, rozpoznając nas bezbłędnie, co zaowocowało otwarciem na naszą cześć kempingu - okazało się, że nawet prąd jest. Prąd i woda to podstawa - zostajemy na całe dwa dni.

Plaża, morze, opalanie i kąpiele dają wytchnienie po szaleństwach. Oczywiście są tacy, co chcą spokoju, wody i piwa, a są tacy, co chcą do Ulcinja i na pożegnalny obiad w knajpkach rybnych nad Bojaną. Obżarstwo nie ma granic, zwłaszcza, że kelner też nas momentalnie rozpoznał.

Teraz czekają nas tylko pożegnania... wszyscy wracają, każdy po swojemu, a my zostajemy czekając na Pawła z Asią i oczywiście Mieciem. Ale to już inna opowieść tego lata...

Reasumując:
Ludzie - jak to ludzie, jednemu podoba się bardziej, drugiemu mniej. Jeden jest rozczarowany, drugi zadowolony. Im więcej czasu minie tym więcej dobrego wyjdzie na jaw, a więcej złego pójdzie w niepamięć. Ich odporność fizyczna i psychiczna jest kluczowa. Ważne jest to, że wszyscy znaliśmy się wcześniej z działalności Klubu i było łatwiej się dogadać. Oprócz nas wszyscy byli po raz pierwszy na tego typu eskapadzie. Teren był trudny i to nie tylko z uwagi na kamienie, Drogi żwirowe i kamienne to raz, a wszędobylski kurz w różnym natężeniu i upał dający się we znaki - wszystko to wystawia na próbę i ludzi i sprzęt. Sprzęt - namioty trafione: łatwo się rozkładały, kuchenki też: bardzo stabilne, sposób pakowania bagażu: u nas zdał egzamin, tylko jedzenia za dużo, koło zapasowe: ciii o tym po tym w innej części, bagażnik: rewelacja. Śpiwory: dziewczyny potrzebują grubsze, jak ciepło można spać pod prześcieradłem, jak zimno, było im zimno (niestety). Auta, sprzęt najważniejszy - dojechały, przejechały i wróciły. Choć nie obeszło się bez usterek (szyba, wał, pompa hamulcowa, no i rekord w spalaniu), ale spalanie wróciło samo do normy, wał przestał ciec w Polsce, hamulce się częściowo same odzyskały, a szyba po asfaltowych drogach przestała się otwierać. Wymienione usterki dotyczyły wszystkich, nie tylko jednego auta. Jedynie Jackowa krótka Frota, ani miałknęła pokonując bezdroża. Auta wymagają tam lekkiego liftu, ale bez przesady i nie potrzeba takich atrybutów jak wyciągarka itp. Przydadzą się porządne halogeny, dobre opony, bagażniki dachowe, kanistry na wodę, jeden zapas więcej lub dętka (choć nie wyobrażam sobie jej wymiany w 40' upale). Powracając do ludzi to wszyscy nabyliśmy cenne doświadczenia, a my... już teraz planujemy, co będzie za rok. Powrócimy do Albanii to oczywiste, wszak w tym roku poznaliśmy wiele nowych ciekawych miejsc (to, co zostało powyżej opisane, dotyczyło 1/3 naszego letniego grasowania po tym kraju), przejechaliśmy parę nowych ciekawych tras, a ile jeszcze przed nami?! Jest po co wracać i z miłą chęcią powrócimy w miłym towarzystwie tych, co są ciekawi albańskich niezwykłości i będą się chcieli udać z nami na następną wyprawę.

Przygotowania do edycji TRANSALBANIA 2009 w toku! Do zobaczenia w przyszłe wakacje!


Naszymi sponsorami byli:

Logo Bergson Logo Auto Caros Logo OFF-ROAD Logo Radia Alfa




***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***