2007 - Wielka Włóczęga Bałkańska

Włóczęga Rumuńska

Plany wakacyjne uknute, zacieramy ręce w tym roku też powinno być ciekawie! Powinniśmy jednak zacząć coś podejrzewać już na półtora tygodnia wcześniej. Najpierw zepsuła się klimatyzacja bez szans najmniejszych na zdążenie z naprawą - przetarł się zbiornik osuszacza, a znalezienie i zamówienie oraz jego wymiana potrwałaby ze 3 tygodnie. Cóż bez klimatyzacji też jeździliśmy to pojedziemy i teraz. Potem na tydzień wcześniej padł akumulator - bez tego nie da się jechać, więc panik system się uruchomił i po dwóch dniach jest! Uff... można się pakować skompletowanie apteczki samochodowej pod Słowaków zajęło kolejne trzy dni. Mnóstwo środków które zabierany ze sobą zawsze, bo kamieniste góry plus samochód i brak lekarza w zasięgu 200 km grożą różnymi konsekwencjami medycznymi i parę Słowackich pomysłów skutecznie utrudniło mi życie. Wyjechaliśmy w piątek nad ranem - jeden dzień poślizgu, mogło być gorzej. Słowację i Węgry myknęliśmy na raz pierwszy nocleg (namiocik nad rzeczką) w Rumunii u wrót słynnej 67c TransAlpiny. Raniutko wyjazd, zaczęło się dość nieciekawie kawałem szutrowej drogi w tumanach białego kurzu spowijającego wszystko dookoła, domy, drzewa, ludzi i samochody. Dalej kawał szutrowej drogi w lasku ala nasze Beskidy i Pogórze, już, już mój mąż zaczął marudzić, że nie po to jechał taki kawał drogi itd., itp., kiedy z zza zakrętu nieśmiało wyłoniły się... pierwsze widoki. Laski stawały się coraz rzadsze i wyłoniło się piękne ogromne zalewowe jezioro (super miejsce na nocleg na łonie natury). Wkrótce znikło i jezioro i laski droga wiodła przez krajobraz bardziej przypominający nasze Bieszczadzkie połoniny.

Zrobiła się nieco bardziej wyboista, kręta i stroma, gdy nam wydało się, że docierają tu tylko koniki i terenowce zobaczyliśmy z naprzeciwka jadący powoli samochód - osobowy!

Zaczęliśmy się zastanawiać jak to jest: nasi off-roadowcy wypisują peany na część przejazdu tą drogą zapisując sobie ją jako niezłe trofeum, a tu proszę, widoki super ale droga... hmm spoko-loko.

Po pewnym czasie dotarliśmy jednak do miejsca gdzie stało parę osobówek, a droga wiodąca na szczyt i dalej zrobiła się naprawdę ciężko przejezdna i szuter z kamieniami zamienił się w kamienie i uskoki skalne.

Mój mąż (kierowca znaczy się) stwierdził: "Wiesz trochę się jakby zaczął usuwać..." (to o naszym aucie). Moja riposta jako pasażera była prosta: "Mamy cztery napędy i reduktor, czy włączyłeś coś może?", okazało się, że nic z tych rzeczy, więc ruch dźwignią terenową z miną mówiącą "ładna dziś pogoda" i już bez usuwania pokonujemy wzniesienie. Dalsza droga okazała się znowu spoko-loko dostępna z drugiej strony przez tzw. "plaszczaki",

zjazd w dół oraz pokonanie granicy rumuńsko-Serbskiej zajęło nam dzień do wieczora. Wzbogaciliśmy się o worek wrażeń wspomagany pokaźną ilością zdjęć i zużyciem całej jednej taśmy filmowej.

Włóczęga Macedońska

W kolejnym dniu dotarliśmy do Ohrydu, gdzie czekały na spotkanie z nami poczciwe Poznaniaki kończące swój urlop przejazdem przez Albanię.

Oczywiście przygoda, przygoda w połowie trasy auto zaczęło się grzać panik system został uruchomiony - jak tak będzie dalej to wracamy, przecież w góry tak się NIE DA jechać! Zwłaszcza, że mój brat widząc nasz samochód po kupnie stwierdził autorytatywnie jako znawca diesla "To Ci się nie ma szansy nigdy zagrzać!". Na kempingu jednak co cztery głowy to nie dwie została wykonana operacja na żywym organizmie i za pomocą nasadowej "12-tki" termostat wylądował w pobliskim koszu na śmieci. Poczym padło podejrzenie na chłodnice i wylądowaliśmy wraz z "pacjentem" w myjni. Żar z nieba się leje - 45', a my zwiedzamy Ochryd przez cztery godziny czekając, aż wystygnie silnik i będzie można potraktować chłodnicę kercherem.

Wracamy padnięci pod naszą myjnię, a tu niespodzianka - nie ma prądu. Po dalszych 2 godzinach zwały much, błota, pyłu z ostatnich dwóch lat pamiętające wszystkie nasze podróże i przygody odpadają na ziemię - kawał historii. Efekt cała wakacyjna trasa zrobiona została na zimnym silniku ( termostat!), ale nie wróciliśmy do Polski. Po takiej gorącej przygodzie należy nam się oddech i leniuchujemy w tym pięknym miejscu pomiędzy namiotem, a plażą 3 całe dni.

Przed nami Albania pełna kontrowersji, przygód i nieznanego, a więc pomimo dalszych upałów - w aucie dochodzi pod 50-tkę kolejnego poranka rozstajemy się z tym sympatycznym miejscem ruszając w stronę granicy żegnaj Macedonio!

Włóczęga Albańska

Albania przywitała nas gorąco, a skoro gorąco to chłodniej będzie w górach i oto mamy naszą pierwszą ulubioną drogę (skrót oczywiście!) do Permet przez Kurtes.

Trasa ta okazała się nieco bardziej "wypasiona" niż rumuńska 67c i średnia jaką udało się nam osiągnąć to szalone 3,5 km/godz zaczął zapadać mrok więc rozglądnęliśmy się za w miarę płaskim terenem pod "namiotek".

Nieco zdziwiony widokiem małżeństwa z dwoma pannami 14 i 15 właściciel jedynej chatki jaką udało nam się dostrzec zatoczył w koło ręką "Śpijcie gdzie chcecie - to wszystko moje" poczym padło pytanie dokąd jutro. Jutro to my tam pokazaliśmy ręką w dół w stronę gdzie daleko w dole powinna płynąć rzeka, a on popatrzył zdumiony i mówi "nie można most za szeroki(!)". Otworzyliśmy szerzej oczy - za szeroki?! No to my w dół i na most. Chłopina przysiadła i stwierdziła stanowczo - most za szeroki! Poszły w ruch ręce, mapa patyk i ziemia, okazało się gość ma rację za szeroki - to most rampowy dla ciężarówek, a rzeka duża i okropnie głaziurzasta i ani przez most, ani obok - trzeba WRACAĆ. Co było robić, po małym poczęstunku z mleka i miodu z plastrem poszliśmy spać, a ramo trzeba z powrotem do asfaltu - trudno rozstawu kół nie przeskoczymy: IFY z Froci nie będzie. Choć musieliśmy zwrócić to jak zwykle to co zobaczyliśmy to nasze - porzucony wysoko w górach obóz pracy z czasów Hodży no i krajobrazy plus doznania z kolejnej żółtej drogi. Za doznania te zapłaciliśmy złapaniem gumy - Insa Mountaine okazała się zbyt miękka dla ostrych jak żyletki kamieni. Wróciliśmy grzecznie na asfatlt, wąski i często nadgryziony przez ząb czasu, ale asfalt którym dotarliśmy najpierw do "gumiserwisu"" w którym to fachowiec załatwił nam skutecznie oponę (za pomocą śróbokrętu i ognia!).

A potem do Leskowika. Tę trasę można pokonać samochodem osobowym, a warto bo jest bardzo widokowa,

a przed Leskowikiem jest bardzo ładny przełom na jednym z dopływów Vjosy.

Dalszą drogę do Permet pokonujemy szybciej niż zamierzaliśmy, ponieważ młodszej pannie dogrzało słońce (dalej fest upał, a z wysokich szczytów musieliśmy zjechać) i żołądek powiedział stop do tego oczywiście gorączka, więc zatrzymujemy się w hotelu w Permet. Super warunki dwa pokoje, klimatyzacja i położenie nad kolejnym kanionem na Vjosie zostajemy trzy dni.

Oczywiście naszej Izie przechodzi wszystko na drugi dzień jak ręką odjął, ale lepiej spokojnie przeczekać, spokojnie to nie znaczy nie ruszać się. Od właścicielki hotelu dowiadujemy się, że 6 km znajduje się kolejny kanion i gorące źródła. Młodzież się chłodzi w klimatyzowanych pomieszczeniach, a my udajemy się na zwiad. Faktycznie wszystko się zgadza jest kanion, gorące źródła potasowe i siarkowe i starożytny mostek szerokości 60-70cm (przeszłam przez niego starając nie patrzeć w dół) jak rozumiem dla mieszkańców i ich "pojazdów" czyli osiołków.

Lengarices rzeczka która utworzyła tą bajkową okolicę jest stosunkowo płytka i idziemy w butach do wody, tak można iść dobrych parę kilometrów widząc jedynie wąski pasek błękitu.

Na pewno na wiosnę podczas roztopów nie było by to możliwe. Gorące źródła zaś zostały otoczone jak zapora z kamieni robiona przez dzieci na Rabie, za tymi zaporami moczą się albańscy wczasowicze i miejscowi wszak jest niedziela. Postanawiamy powrócić w to miejsce z dziećmi - długo nie będą miały szans czegoś takiego zobaczyć! Kolejny wieczór w hoteliku przynosi naszym dzieciom nowe odkrycie: polskie blondyny maja i tutaj niezłe powodzenie. Z pokoju sączą się przeboje polskiego lata, a polskie młodociane laski grzeją się w popołudniowym słońcu na balkonie. Efekt obroty kawiarni hotelowej wzrosły tak, że jak obsztorcowałam młodzież za muzykę przyleciała właścicielka, prosić, aby była puszczona głośniej! Takiej ilości właścicieli mercedesów i okolicznych terenówek jeszcze u siebie nie miała, w nocy balkon został obrzucony kwiatami z okolicznych klombów! Całe szczęście, że nazajutrz jechaliśmy dalej. Bez przeszkód dotarliśmy do Gjiokaster, gdzie mój mąż rozglądają się na prawo i na lewo nie zauważył, że murowany mostek się "zakręcił" i zeszlifował nieco orurowanie - teraz doceniliśmy potęgę i moc tego urządzenia które uratowało nasz prawy błotnik i światła oraz zderzak. Oburzeni do żywego zatrzymaliśmy się dopiero nad morzem w Sarandzie u zaprzyjaźnionej rok wcześniej właścicielki pensjonatu - Emiliany. Wymiana uścisków, zaproszenie na kawę i piwo i już wiemy, że nie prędko pojedziemy dalej... tym bardziej, że na następny dzień przyjeżdżają kolejni znajomi z zeszłego roku z Prisztiny razem ze swoją córką. Towarzystwo zna niemiecki i angielski z dogadaniem się nie ma problemów ani młodzież, ani my. Łapiemy więc trochę słońca i kąpieli w morzu

i... pika kolejna modernizacja letniej włóczęgi... a gdyby tak do Kosowa w powrotnej drodze? Wywiad bezpośredni twierdzi, że jest dużo wojska więc jest baaardzo bezpiecznie. W Albanii jednak jest jeszcze trochę zaplanowanych ciekawych miejsc, które biorą górę nad pokusą. Najpierw jednak "indiańskim zwyczajem "robimy objazd okolicy odwiedzając nieznane zatoczki.

Wyruszamy kolejnym szlakiem u kresu którego jest pewna laguna pod Vlorą... Tym razem podróż odbywamy szlakiem wiodącym w głębi kraju (bardzo widokową drogą nadmorską przemierzaliśmy tą trasę rok temu) przez Kuc, Brataj, Kote.

Droga odbija w miejscowości Borsh i prowadzi po terenach górskich, doliną rzeki Shushices i jest bardzo malownicza, początkowo dośc stroma potem wije się łagodnie doliną rzeki i nawet pojawia się czasami asfalt! My mamy na ten 85 km odcinek cały dzień i cały skrupulatnie wykorzystujemy. Widoki są tak malownicze, że zatrzymujemy się co chwilę robiąc zdjęcia.

Lądujemy po południu we Vlorze i na Lagunie Nartes.

Tu nad brzegiem morza rozkładamy nasz namiotek urządzając sobie dziki nocleg - jutro dalsza droga na kolejną lagunę.

Nazajutrz poprzez Fier docieramy do Apollonii, zespołu zabytków z czasów rzymskich,

upał jest tak duży, że nie zatrzymujemy się na długo, po południu docieramy na miejsce. Tym razem chcemy wyciągnąc kości w łóżkach. Po krótkim poszukiwaniu lądujemy w hotelu. Pokój mały: łóżka, umywalka i balkon, mały, ale zasługuje na szerszy opis. Z umywalki ( nad którą wisi lustro w którym niewiele widac) odchodzi kawałek kolanka do którego przymocowana jest gruba gumowa rura. Rura tajemniczo znika pod łóżkiem i pojawia się na balkonie, by spokojnie zakończyc się pół metra poza nim(!). Młodzież penetruje widok z balkonu: "Mamo! Tam wyżej też są takie rury!" Rury są i owszem, i nawet używane, tylko ułamek sekundy ratuje ciekawskie głowy przez nagłą kąpielą! Hotel nie tyle z klimatyzacją, co "klimatyczny" - swoją świetnością i genialnymi rozwiązaniami kanalizacyjnymi chyba pamięta jeszcze czasy Hodży. Jednak zabawy na Lagunie Karawastase wynagradzają wrażenia z tego jedynego w swoim rodzaju Hotelu w jakim przyszło nam spac. Wieczorem droga wzdłuż hotelików (nie wszystkie są tak podłe) zaludnia się; światła, stragany, sklepy oblężone są przez wczasowiczów. Droga... właśnie bita droga pomiędzy ośrodkami, hotelikami wijąca się pomiędzy sosenkami w lasku. Całośc sprawia wrażenie niesamowitego haosu, późnym wieczorem spacerujemy jeszcze robiąc zakupy przed kolejnym dniem. Nazajutrz opuszczamy to zamotane miejsce i jedziemy drogą do Elbasan, dalej oczywiście skręcamy z głównej drogi odbijając w kolejną górską szutrową drogę... przez Klos do Burrel.

Pniemy się powoli przez pasma Cermenike i Martaneshi wyboistymi drogami, po drodze spotykamy Austriaków zmierzających w przeciwnym kierunku. Ich "wypasiona" wyprawowo Toyota wygląda przy naszej poczciwej Froci jak prawdziwa terenówka - no cóż, Frocia chociaż wygląda przy spotkanej Toyocie jak trochę przydużawa osobówka spisuje się dzielnie! Krótka rozmowa i każdy jedzie w swoją stronę, wkrótce otwiera się głęboki kanion wzdłuż którego posuwamy się krętą drogą wykutą w połowie jego wysokości.

Mamy ważną uroczystośc, którą ta podróż uświetnia - najmłodszy członek naszej "załogi" właśnie kończy 14 lat!

Tortu ze świeczkami wpradzie nie ma, ale jest ciekawie i wesoło zdjeżdżamy karkołomnymi serpentynami do Klos tuż za Ifą pełną żołnieży zwanych przez młodzież wszak żeńską "ciachami"". Za Klosem droga robi się nieco łagodniejsza niemniej jednak mamy przygodę: Podczas jednej z przerw na zdjęcia młodsza córa przeciągając się przed samochodem zauważa małą awarię:

"Tato, czy mi się wydaje, czy właśnie odpadł nam halogen?"

Rzeczywiście - odpadł (podskakiwanie z kamienia na kamień przez kilka godzin mu wydatnie pomogło) i na szczęście nie straciliśmy go, ponieważ zaklinował się pomiędzy orurowaniem, a samochodem. Mała naprawa polega na odpięciu z niego kabla i schowaniu go do bagażnika - już bez przeszkód docieramy na miejsce kolejnego noclegu do Burrel. W Burel zapytany o hotel policjant zatrzymuje pierwszego napotkanego kierowcę, który "holuje" nas przez zamknięte dla samochodów centrum do Hotelu. Hotel przeciwieństwo ostatniego i na dokładkę można dogadac się po angielsku. Zjadamy przed spaniem urodzinowe ciastka zakupione w miejscowej cukierni po mimo zakazu Tatusia właścicielki, który nie pozwala obżerac się w pokojach i odcina nas od samochodu zamykając wejście do hotelu na klucz o 21:30! Cóż, okienko w łazience nie posiada krat i można zabrac z auta brakujące rzeczy - szczęśliwie mamy pokój na parterze. Uff.... jutro wieczorem będziemy rozbijac namiot w Dolnym Stoju, w Czarnogórze, by na zaprzyjaźnionym kampingu wziąśc głęboki oddech i pobyczyc się parę dni na plaży. Wcześniej jednak przed opuszczeniem Albanii zwiedzamy turecką twierdzę Rozaffa pod Szkodrą podziwiając z niej panoramę Szkodry i całej okolicy.

Wkrótce się zobaczymy Albanio!

Lenistwo Czarnogórskie i ponownie włóczęga Albańska

W Dolnym Stoju lenistwo było jak rzadko. Opalanie obserwowanie i fotografowanie żab w Kampingowych łazienkach - nawet ułożyłam z tego historyjkę z życia pewnej żaby:

bohaterka odpoczywa po poprzedniej burzliwej nocy.

poranna gimnastyka...

jestem gotowa.

no to jazda!

Oj! Nie tak miało być! Nie tak!!!

Na koniec knucie, co dalej, jak wracac do domu? Oczywiście przez Albanię i... Kossovo! Jest bezpiecznie, dużo międzynarodowych sił utrzymujących porządek - trzeba korzystac dopóki tam się nie kotłuje ponownie! ... Jeszcze raz w tym roku przekraczamy granicę Albańską (już ostatni tego lata) przejeżdżamy Szkodrę i przez Qyrsac zmierzamy do Komanu, gdzie dalej ma nas zabrac prom.

Do Komanu prowadzi wąski kręty asfalt wzdłuż rzeki na której zapory tworzą jeziora, na miejscu jesteśmy ok. 13:30 - prom ma byc o 16:00, więc skracamy sobie czas sącząc miejscowy napój bogów w ocienionym ogródku pobliskiej knajpki.

Traject się spaźnia, czekamy jeszcze 2 godziny, gdy powoli zaczyna nas ogarniac zwątpienie, zza pagórka zaczynają powoli wyłaniac się auta, droga jest tak wąska, że najpierw musimy odczekac aż zjadą w dół ci co przypłynęli. Wreszcie ruszamy całą kawalkadą, pniemy się powoli szuterkiem na zaporę, pokonujemy długaśny nieoświetlony tunel u którego wylotu czeka wytęskniony prom. Jeszcze tylko obrót auta (wjeżdżamy na niego tyłem!) i 25 samochodów jest upakowanych - ruszamy. Wokół nas skały schodzące pionowo do wody, a pod nami ok.100m - pięknie i tajemniczo, podziwiamy widoki, przed nami ok. 2,5 godz.

Czas szybko mija, wszak wypłynęliśmy o 18:15 i zaczyna zapadac mrok, otaczające nas góry stają się coraz bardziej tajemnicze i zaczarowane, groźne, szlak wodny się zawęża, a prom płynie lekkimi zakosami. Płynie, a nad naszymi głowami pojawiają się pierwsze gwiazdy, wraz z nimi na przednią klapę promu wkraczają ludzie majstrując coś przy łańcuchach, po chwili klapa tyr, tyr, tyr opuszcza się nad poziom wody. Wjeżdżają na nią dwa samochody, jeden z ludzi pozostaje na jej środku i machając zawzięcie rękami pokrzykuje: "majtas, majtas... drrajtas! Majtas, majtas, majtas! Drajtas!!!" (dla nie wtajemniczonych - majtas znaczy w lewo, drajtas w prawo). Zbulwesrowani tymi działaniami schodzimy z pokładu widokowego i stajemy obok sterówki przyglądając się co z tego wyniknie. Po chwili podchodzi do nas Serb z Kosowa i tłumaczy, co się dzieje: "Bo widzicie trakekt ma 3 silniki, a działa tylko jeden, ten po lewej stronie i dlatego prom jest opóźniony i skręca co chwilę w prawo." W międzyczasie zapalają się reflektory samochodów, które wjechały na opuszczoną niedawno klapę promu. No tak, świateł to ten prom też nie ma, a nad nami noc już głucha i widac niezgorsza drogę mleczną. Robi mi się nieco głupio, a mój szanowny Pan Mąż zapala papierosa, co jest u niego oznaką najwyższej nerwowości. Gośc widząc to z uśmiechem dopowiada: "Jeszcze tylko z pół godziny". No tak, tłumaczę sobie, że oni tu dawniej przemycali nocą broń i ludzi, tam i z powrotem, i znają tą drogę na wylot. Tymczasem pół godziny jakoś mija i w oddali z kompletnej ciemności pośród okrzyków majtas, drajtas pojawiają się dwa malutkie czerwone światełka - dobrze jest - myślę dopływamy... Faktycznie, światełka okazują się tylnymi światłami rozstawionych na zupełnie nieoświetlonym nadbrzeżu dwóch samochodów, mających naprowadzic naszą pomrocznośc do brzegu. Zaczynają się manewry i po chwili lekkim stuknięciem trafiamy w brzeg pod kontem ok. 20' - drobnostka - rozmijając się z nabrzeżem o jakieś 5-6m! Myślę sobie: "no to pięknie poczekamy tu do rana..." Moja druga połowa mnie pociesza: "Nie martw się, to Albańcy, oni zaraz zbudują drogę..." Faktycznie - ma racje chłopisko, wyskakuje 5 z kilofami i łopatami i po 10-15 min kucia i kopania jest zjazd z promu! Wolniutko samochody jeden za drugim opuszczają krainę silnych wrażeń znikając za zakrętem. My za nimi, tu miało być miasteczko i nocleg przed dalszą drogą, a panuje noc ciemna i niepodzielna. Po krótkiej naradzie zapada decyzja - ciemno i głucho, w około nie wiadomo co - jedziemy za tymi mercedesami i be-em-kami w stronę granicy Kosowa. O północy stajemy na przejściu: wjazd nie ma problemu, tylko zielona karta tu nie obowiązuje - za jedyne 50 Euro stajemy się dumnymi posiadaczami ubezpieczenia wojennego dla wehikułu wraz z jego 4-ro osobową załogą.

Niespodziewana włóczęga po stolicy Kosowa

Wjeżdżamy kierujac się w stronę stolicy - Prisztiny. Gdzie jak gdzie, ale w stolicy będzie najbezpieczniej. W około pusto i cicho, mijamy uśpione wsie i miasteczka, drogi równe jak stół - żadnych wrażeń. Przed Prisztiną zaczynają się pojawiac Motele - wyglądają całkiem nieźle i ekskluzywnie. Zatrzymujemy się przed jednym z nich, w końcu, jak się nie spytamy, to się nie dowiemy o ile zrujnuje się nasza kieszeń przez ten nieszczęsny "trajekt"! Zmęczeni pojawiamy się w recepcji, gdzie (uwaga!) dowiadujemy się rozmawiając po niemiecku, że za dwa pokoje z łazienkami zapłacimy za noc łącznie aż 20 Euro. Zdaje się, że stuk naszych opadających szczęk było słychac na kilometr. Postanawiamy - skoro tak, to my tu ze dwie noce jak nic i zobaczymy Prisztinę! Dosłownie wywracamy się do łóżek - Spac!!! Rano podnoszę lekko żaluzję - co też tam jest? No i moim oczom ukazuje się widok jadącego szyku 5 wozów pancernych KFOR z żołnierzami w hełmofonach - kuchnia! Aparat jest w plecaku, nie zdążę wyjąc! Po dłuższej chwili jedziemy do miasta. Nie do wiary - full zaopatrzenie we wszystko, co bliskie naszemu sercu, sklepy samoobsługowe i hipermarkety - full wypas. Robimy najtańsze zakupy z jakimi się do tej pory spotkaliśmy. W Prisztinie po wojnie ani śladu: parki, biurowce, Hotele (wcale już nie takie tanie), sklepy, mnóstwo ludzi i wszędzie nas witają po angielsku lub niemiecku.

Polacy kojarzą się mieszkańcom Kosowa z ludźmi którzy potrafili wywalczyć sobie wolność. Zero problemów choc zrobic zdjęcie bez wojska: KWOR, SWOR, UN trudno.

Spotykamy znajomego z Sarandy: kawa, uściski, pozdrowienia itp. Zwiedzamy dalej. Ogrodzenie parlamentu obklejone zdjęciami zaginionych Kosowarów - jedyne namacalne świadectwo przeszłości - ogarnia nas chwilowa zaduma. Obok toczy się życie: sklepy z pamiątkami, stoiska z telefonami komórkowymi, tętniący życiem bazar. Bierzemy głęboki wdech i powoli wracamy do naszego Motelu. Na następny dzień opuszczamy tą owianą złą sławą krainę - wolimy nie ryzykowac zapuszczając się w głąb kraju, w końcu jesteśmy na rodzinnych wakacjach! A nuż nie wszyscy Kossowscy muzułmanie będą tak sympatyczni... Przekraczamy granicę w Macedonii. Macedończycy na złość Serbom uznają bowiem Kosowo, Serbowie przekroczenie granicy skutkujące wbiciem pieczątki UN Kosowo traktują jako nielegalne. Wolimy się z nimi nie użerac i nadłożyc trochę drogi.

Szczęśliwe zakończenie

Zarządzamy wieki powrót: nocleg w Serbii i wjeżdżamy do Rumunii w kierunku naszego planowanego przejazdu widzimy jednak kłębiace się czarne chmurska wróżące sporą ilośc deszczu. W ten oto sposób rozstajemy się z pomysłem powrotu słynną trasą Transfogarską. Widok w górach na 4m przed samochodem nas nie urządza - trudno za rok będzie nasza! Teraz kierujemy się drogą wiodącą nad brzegiem Dunaju.

Przełom tej ogromnej rzeki jest imponujący: raz wąziutko pomiędzy skałami, raz rozlany szeroko.

Pozostawiamy Dunaj za sobą, jeszcze tankowanie przed granicą i jeszcze jeden ostatni nocleg poza domem - na Węgrzech. Słowacja: spotkanie ze znajomymi Słowakami i oto stajemy, a właściwie przetaczamy się powoli przejściem granicznym w Jurgowie - nikt się nami nie interesuje. Za dwie godziny jesteśmy w domu. Szkoda...

Posłowie

Ponownie za nami wspaniałe drogi i bezdroża. A krótkie podsumowanie? Rumunia - bardzo ciekawa, ale w górach. Kraj jak na część Unii Europejskiej bardzo... jakby tu go określić, żeby nikogo nie urazić dość brudny i zaniedbany, Rumuni mają daleką drogę do Europy, co prawda to dzięki niej są jeszcze możliwe eskapady bez asfaltu z nocowaniem pod chmurką dla spragnionych wrażeń. Macedonia - okolice Ochrydu są malownicze i.... najtańsze dla nas i to zarówno żywność jak noclegi. Macedończycy mają jednak zwyczaj wypoczywać dość głośno 9 muzyka wali z każdego namiotu i z każdego inna - obowiązkowo na pełny regulator, by zagłuszyć przeciwnika do późna w nocy. Albania - piękna, malownicza i dzika. Mają przed sobą daleką drogę do cywilizacji, ale biegną nią coraz szybciej. Widać to bez specjalnego wysiłku z roku na rok! Żeby zrozumieć Albańczyków trzeba łyknąć trochę ich przeszłości, samochodami mogą jeździć od lat 11, i od 11 lat nie muszą pisać podania do komuny o pozwolenie na posiadanie 6-tej kury (!). Mają mało asfaltowych dróg i wyłączenia prądu. Ale drogi jeszcze 10 lat temu tak naprawdę nie były im potrzebne, a prąd mają głównie z elekrowni wodnych, koryta rzek są obecnie puste lub znacznie mniejsze - susza nie jest ich winą! Nie mają wysypisk śmieci - bo do nie dawna nie były im potrzebne! Ich jest tylko 3,5 mln, a śmieci których przyroda nie połyka zaczęli produkować dopiero niedawno wraz z szybkim postępem. Warto zobaczyć to co odchodzi w niebyt, choć może być czasami dla nas szokujące. Czarnogóra - najbardziej ucywilizowana z krajów które w tym roku przemierzyliśmy, co ważne ceny praktycznie nie ulegają tam zmianie od 4 lat! Kosowo - przyrodniczo przy pozostałych nie wypada szczególnie. Jednak dla nas kraj bezpieczny póki jest tam pełno wojska. Polacy kojarzą im się z wolnością i darzą nas sporą sympatią i życzliwością. Polak to Wałęsa, Lato i Boniek i jest ok. Nie zbaczaliśmy z asfaltu i noclegi w motelach - bezpiecznie to nie znaczy, że można się prosić samemu o guza! W sklepach jest wszystko jak u nas. Był to jedyny kraj obok Rumunii gdzie występowały hipermarkety.

Planując tego typu podróże trzeba wykazać dużo zdrowego rozsądku i pokory oprócz odwagi. Można zobaczyć bardzo wiele ciekawych miejsc, ale na bieżąco trzeba plany modernizować odpowiednio do uzyskanych informacji. Trzeba umieć zrezygnować z czegoś, co może być zbyt ryzykowne. Zarówno chodzi tu zarówno o bezpieczeństwo ze strony człowieka jak i trudność pokonania terenu. Można, a nawet trzeba pozostać gdzieś dłużej, albo zboczyć z obranej trasy, żeby zobaczyć coś jeszcze. Przewodniki tych okolic albo nie istnieją, albo są zbyt pobieżne, a informacje od mieszkańców, właścicieli hoteli są aktualne.



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***