2006

W połowie lipca nadszedł czas na długo planowany urlop na południu Europy, bo choć mieszkańcy zachodniej części naszego kontynentu uważają, że taka "dzicz" jak Montenegro i Albania to na pewno nie Europa, to jednak nie mają oni racji. Tak więc zaopatrzeni w niemałym trudzie zdobyte mapy drogowe i topograficzne tych terenów, zamknęliśmy "byznes" na kłódkę, wrzucili bagaż do przepastnego wnętrza naszej "Frotki" i na pierwszy długodystansowy rzut beretem dotarliśmy do Sarajewa. To była chyba jedna z niewielu zaplanowanych i zrealizowanych tras jakie przyszło nam przejechać.

Zaczęło się od wieczoru spędzonego nad mapą. Uznaliśmy że przejście graniczne w Scepan Poljiu jest zbyt mało awangardowe pomimo znacznych braków asfaltu po drodze, no i ze trzy razy już pokonane przez nas. Nazajutrz ruszyliśmy wg nowego super-pomysłu do miasteczka Foca, gdzie napotkamy tubylec (rodem z Łodzi!) potwierdził, że przejście rzeczywiście jest i nawet ma na min szwagra - rzucił okiem na auto i kiwnął ręką w kierunku naszego ataku na góry - "Przejdzie!" To my po garach w te góry. Skończył się asfalt, wokół las i łąki, droga jak na połoninach, widoki lux, ale zamiast przejściem granicznym droga zakończyła się wyrębem lasu - no to my mapa-kompas, kompas-mapa i jedziemy na poszukiwanie granicy.

Po dobrej godzinie kluczenia wyjeżdżamy na polankę - poszła w ruch lornetka - środkiem wije się ścieżko-droga, na środku blaszak, blaszak to chyba za dużo powiedziane - pakamera i szlaban z powyginanego, nie okorowanego drzewa, z budy wyłazi facet z lornetką i bacznie się nam przygląda!

Zrobiło się nam głupio, zjeżdżamy więc nieco w dół, gość okazuje się celnikiem (!), zrobił nam regularną odprawę na końcu której pokazuję nieśmiało mapę i pytam się gdzie jesteśmy - nie uwierzycie - nie wiedział, a na mapie nie było tej drogi i tego przejścia! Jednak po drugiej stronie drąga była już Czarnogóra - następne dwie godziny kluczenia po lesie i wyłonił się początek asfaltu z wiochą (bez nazwy!) więc jedziemy dalej, okazuje się, że mapa a rzeczywistość to dwie różne rzeczy i tak miało pozostać do końca wakacji, a my naiwni jeszcze tego nie wiedzieliśmy. W końcu JEEST oczom naszym ukazał się słynny most na Tarze, rzucam okiem na mapę minę miałam zdaje się nietęgą, bo moja druga połowa z zaniepokojeniem wsadza nos mapę rozpostartą przede mną - no tak ten wiadukt miał się ukazać na naszej wysokości, a nie paręset metrów w dole! Patrzymy na siebie, potem za siebie, potem na mapę - konsternacja, ale już po chwili zjeżdżamy w dół. Zatrzymujemy się przed mostem. Widok cud - kanion w piguły w dół, górska w piguły w górę i... 5 po południu. Jest spanie, za jedyne 30 eurasów od 4 osób i dwa pokoje są nasze. Durmitor piękny, paluszki lizać, chciałoby się połazić tu i ówdzie, ale niestety tydzień przeznaczony na tą piękną okolicę mamy już za sobą (o ten tydzień obsunął się wyjazd z Krakowa) pozostaje zjechać widokową trasą w dół, gdzie nad morzem czekają zniecierpliwieni znajomi zionący chęcią spenetrowania choć kawałka Albańskich gór.

Dwa dni laby i spokoju (znaczy się knucia co dalej) - spokojne rodzinne wakacje znaczy się. Zupka rybna z kociołka, oglądanie golasów na Adzie-Bojanie przez przez młodzież wyrywającą sobie lornią z dachu zaprzyjaźnionego Land-Rovera, pierwszy wspólny rajd po nadmorskich krzakach w tumanach kurzu, pierwsze piwka obalone - jednym słowem przyjaźń uświęcona- można "wypadać" do Albanii...

Ruszamy bladym świtem plany: żadnych off-road'ów, lekki teren ma być - rodzinna wyprawa! Do Szkodry asfalcik, aż miło, super i z klimacikiem - znajomym brak jakichkolwiek zasad drogowych zaostrzył apetyt na dalszą jazdę. Opuszczamy to "klimatyczne" miasto po dziurskach jakich polskie drogi mogą jedynie pozazdrościć Albańcom, skręcamy do Theth, krajobraz coraz bardziej stromy, ale jedziemy nagrzanym płaskowyżem przypominającym jako żywo scenerię słynnego filmu "Od zmierzchu do świtu". Wnet żegnamy asfalt na rzecz drobnego szuterku, wśród okrzyków "och!" i "ach!" szuterek grubnie i robi się coraz bardziej wyboisty, a krajobraz za szybą coraz bardziej "skośny" i surowy. W połowie drogi do celu podróży zabieramy pasażerów: policjanta i chłopa ze skrzynką pomidorów (zepsuł im się wysłużony pickap Nissanka) nam trafił się właściciel skrzynki pomidorów gadający oczywiście po albańsku i z pomocą rąk i uśmiechniętej facjaty. Mój ślubny co chwilę pytał "pomidorowego" chłopa czy kolejny z wyłaniających się szczytów to Jezierce - to nas chłopisko wyprowadził: Theth się skończyło, droga się skończyła, potok którym jechaliśmy się skończył, krzaki jałowca (jeden zaatakował mnie nawet przez otwarte okno!) przez które się "głaziurowych" gór: "Jezierce!!! Hotel!!! Alpinist!!!". Ręce nam opadły - nawrócić nie ma jak, chłop jest, policjant jest, górska są - drogi nie ma! NIC nie ma! A "alpiniści" tzn. dorośli: szt 4 (jedyny alpinistyczny sprzęt to kompas i mapa), młodzi alpiniści szt 3 (obuci w "super-alpinistyczne" sandały i klapki) mają bardzo niewyraźne miny.

Nie muszę dodawać chyba, że "hotel" to skalna chatynka w połowie drogi na szczyt! Cudem nawracamy nie zostawiając błotników na kamiurach, mając nadzieję, że winowajcy zaraz sobie pójdą, a my wrócimy znaną już sobie drogą. Nic błędniejszego! Autostopowicze nie maja zamiaru nas opuścić, prowadzą dalej, chcąc się zrehabilitiwać, "pomidorowy" chłop mieszka dwie wiochy dalej, a policjant trzy - wzdłuż krętej, żółtej drogi na mapie, drogi kończącej się w Szkodrze. Jedziemy z marsowymi nieco minami, chłopina okazuje się mieszka nieopodal przepięknych wodospadów nad bajkową rzeką o kolorze lodowca Antarktydy - widok cudowny - humor powraca, wszyscy klikają foty, aż trzeszczą klisze i karty w aparatach - dalej jedzie tylko policjant...

Następna wiocha tą "żółtą" drogą to następna godzina (ilość zakrętów, rozgałęzień, kilometrów i stan drogi rozmijają się dość porządnie z naszymi mapami), robi się ciemnawo, gdy żegnamy stróża władzy- górskom nie widać końca, robi się coraz ciemniej, aż w końcu droga po półkach skalnych i uskokach oświetlana jest jedynie światłem naszych reflektorów. Szkodrę dopadamy po kolejnych kilku godzinach jazdy, młodzież na tylnym siedzeniu naszej "frotki" dostała dawno głupawki, której podsłuchiwanie skraca nam czas. Pod namioty zalegamy dobrze po północy. Kolejny dzień spokojnych, rodzinnych wakacji po 16 godzinach telepania się po kamieniach, półkach skalnych i wądołach dobiega końca, a miało być "lajtowo" i spokojnie... Po czymś takim to tylko trzy dni leżenia martwym bykiem nad morzem, a zaraz potem raniutko...

Stęsknieni wracamy oczywiście lajtowo w Prokletije tym razem sami (znajomym skończył się urlop). Ma być lekko, łatwo i przyjemnie, bo nie mamy już na kogo liczyć - do Vermosh. Początek wydaje się znajomy: asfalcik, serpentynki, bunkierki, miejsca jak zwykle związane z Hodża, piękne widoczki, górki coraz wyższe, szuterek... i jak zwykle głaziury z góry na dół i do góry (znaczy się droga), a na końcu drogi z burzą na karku wiocha - cel podróży oczywista jak to na nas przystało droga zamienia się w wyschnięte koryto rzeki, a co parę metrów łażą po niej prosiaki, krówska i osiłki (osiołki), przy czym te pierwsze jak to świniaki uprawiają na środku drogi życie rodzinne ku radości naszych panien!

An (mąż znaczy się) twierdzi z nosem w mapie, że tam w górze jest granica z przejściem! Jego przemożną chęć przekroczenia jej w tym uroczym miejscu przypłacamy złapaniem gumy. Wysiadka, krótka narada (zaczyna co nie co krapać) i za nim wyjęliśmy podnośnik i klucz do kół już mamy wokół siebie trzech chłopa (jeden co cud kumaty po "anglijsku") - nie zdążyliśmy się dobrze obrócić, a koło było odkręcone (rezerwa tez) auto podniesione i wymiana dokonana, przyniesiona woda i mydełko do umycia łapek oraz biały ręczniczek do ich osuszenia - full service. Mało tego okazało się że powietrza w tej rezerwie też jest mało - żaden problem dwie chałupy niżej jest pono gostek co ma "trucka" i kompresor - to podziękowali i pojechali wraz z napisaną kartką - prośbą o pomoc taką to a taką. Zajeżdżamy wychodzimy - z chałupy wynurza się następny chłop, to my mu szybko kartkę przed oczy. Machanie przyjazne rękami i po chwili przetaczamy się przez ogród na tyły gospodarstwa - oczom naszym ukazuje się taki oto widok: ogrooomna kupa siana, spod niej wyłania się przód kabiny "trucka" bez reflektorów, migaczy itp. (wygląda jak złom z przed 5 lat!), ale gość wgramolił się do środka i od pyka go odpalił(!) - na fuczało, na gwizdało i po dłuższej chwili koło "nabąbione" powietrzem aż miło. Powracając do przejścia granicznego to oczywista w tych górach to granica owszem, owszem, ale przejście przez nią to akuratnie w odwrotnym kierunku! Jak zwykle jest ok. 16:00 (uff). Malutki odwrót, odskok w lewo i ... drewniana zamknięta brama - wjazd na teren parku narodowego! Pośrodku paradują kury i inna ptasia grypa, pokonujemy nieśmiało bramę i przejeżdżamy ok. 100-150m (!) i... druga taka sama brama - koniec parku narodowego i dalej upragniony przez kierowcę wkurzonego nader złapaną gumą ASFALT i pakamera (czytaj przejście graniczne) - ponownie wjeżdżamy do Czarnogóry, ale to radość przedwczesna - przed nami kawał drogi, co prawda asfaltowej, ale dalej pogrzmiewa i te 200 kilosów na kamp po górskach góra-dół, dół-góra i góra-dół wąskimi drogami, gdzie trzeba zjechać na bok każdorazowo by się z kimś wyminąć. Podgorica wita nas hają na sucho z czerwonymi(!) piorunami walącymi gdzie popadnie, a jak już popadnie to się tam zapala. Dookoła noc głucha i tylko góry rozświetlone pożarami - cudo nieprawdaż? Jak zwykle po 14 godzinach walniecie w kimono kończy kolejny albański dzień w górach. Pada przysięga - żadnych gór!!! Asfalcik i morze. Hmm...

Ta przysięga tak naprawdę starczyła na kolejne trzy dni byczenia się na plaży, ale niestety woda w morzu była... brrr zimna!!! No to nie po to przecież targamy się na drugi koniec europy sypiamy w namiotku zamiast nad Bałtykiem w kwaterze, żeby nie moc się spokojnie i bez stresowo wykąpać! Szybka decyzja, ranne pakowanko, niecała godzinka jazdy i stoimy grzecznie w kolejce na granicy Albańskiej. Pot się z nas leje, żar pada na mózgi a tu dwa autokary i ze cztery "plaszczaki", po następnej godzince uwolnieni z przejścia granicznego radosnym Polonija! Polonija! Suniemy w nieznane zwiedzając po drodze Kruję z mauzoleum Skanderbega, by późnym popołudniem dopaść do Tirany - tylko gdzie tu hotel bez zastraszająco dużej ilości gwiazdek? W ostateczności jesteśmy przecież nie na darmo Krakusami, a kasa ma być na piwo Tirana, a nie na hotel Tirana! Jest tajemniczy drogowskaz: "Hotel 300m", no to kierownica w lewo i za strzałką! Nie ma 300m, jest jakieś 50m i jeszcze jedna strzałka i zaraz za nią Hotelik (chyba nie ten co miał być) obok buduje się wieżowiec, więc rusztowania, falisty odpowiednio upaskudzony płot, wąska uliczka, jedna latarnia, a po drugiej stronie w starszym budownictwie drzwi, a za nimi właściciel (gada po włosku rzecz jasna), ale momento, momento i przychodzi żeński translator, An (mąż jak wspominałam) się dogadał i już za 5000 leków śpimy w dwóch pokojach z łazienkami. Miałam trochę obiekcji bo Frocia miała nocować na ulicy pod wspomnianą latarnią, a tu pono "cap-carap-cap" jak stwierdził czarnogórski celnik. Dziadek właściciela siedział jednak całą noc na stołeczku i czaił żebyśmy się nie denerwowali, a właściciel kazał nam auto dostawić na styk do latarni i dojechał go na styk swoją ""be-e-mą" - w PL-owie można by się bardziej bać!

Nazajutrz w drogę - wyjazd okazał się bardziej skomplikowany, gdyż Tirańskie ulice to wielki plac budowy przypominający trochę poligon (nad którym jak zwykle panuje Policja). Po pokonaniu ich jedziemy dalej - przed nam Laguna Karavastase droga aż miło, laguna piękna (uwaga park narodowy za wjazd płacimy 100 Leków) można się kąpać w cieplutkim morzu, można porajdować wybrzeżem po wodzie, można poopalać się w cieniu bunkrów, można nazbierać pięknych muszli cudo - oczywiście nieco zaśmiecone i myliłby się ktoś kto twierdzi, że na Albańskim wybrzeżu nie ma ludzi!

Po zasmakowaniu odrobiny lenistwa przejeżdżamy przez kurorcik (!) pełen ludzi, stoisk z wyposażeniem plażowym (pełna oferta) i jedziemy dalej w kierunku Vlory - mój małżonek znalazł na mapie skrót (kolejna żółta droga), kierownica w prawo... i już podążamy żółtym skrótem. Nie wiem czy ktoś z czytających oglądał na "wrzucie" filmiki z off-road'u Kamazem, ale ten skrót okazał się właśnie taki! Asfalt dalece szczątkowy, poprzecinany poprzecznymi rowkami i rowami, niektóre wyglądały jakby to był czołgowy poligon - nasza "Frotka" cała się w niektórych z nich mieściła! Oczywiście żal po chęci skorzystania ze skrótu był za późny, wracać było już za daleko - więc do przodu, po wydobyciu się na główną drogę odetchnęliśmy głęboko - wszak auto wypakowane i w środku komplet, wprawdzie to "teren" ale wszystko ma swoje granice! Dalsza droga do Vlory przechodzi prawie bezboleśnie. Prawie, gdyż po drodze w miasteczku Fier przejeżdżamy przez płynący w poprzek drogi strumyczek - woda idzie na maskę i szybę... łeee smród potęgowany 40' upałem tłoczy się w samochód każdą szparą, smród przy którym nasza poczciwa gnojówka wysiada! Dojeżdżamy do Vlory, tam czeka na nas internetowa znajoma z Albanii, no i nocleg w Hotelu. Za Vlorą ciągnie się wybrzeże z pasem Hoteli - mniej lub bardziej szkło, chromy, klima i inne bajery, w jednym z nich mamy zarezerwowany przez jej Tatę nocleg. W Hotelu ("Regina" w końcu!) full wypas: łazienka z ciepła wodą, lodówka, klima, taras z ocieniającą (zbawienie w dzień) markizą, restauracja ze śniadaniem w cenie, a ta cena to 30,- PLN/os. (w przeliczeniu). Przed hotelem własna plaża z leżaczkami i parasolami - walnęliśmy sobie z wrażenia 5 dni lenistwa.

5 dni szybko zleciało i znowu pora w drogę wzdłuż wybrzeża do Sarandy. Droga - wąski, kręty asfalt, ale generalnie przejezdny dla osobówki. No i widoki... brak słów, wdrapujemy się na przełęcz Llogara 1027m przed nami wybrzeże z lotu ptaka, tam na dole rozpoczyna się Albańska Riwiera i to nie jest przesada, szereg miejscowości które mijamy to wypoczynkowe kurorciki. Po drodze uważnie lustrujemy lornetką Porto Palermo - port marynarki wojennej, którego spora część znajduje się pod (albo jak kto woli w) górą, kilka fotek solidnym teleobiektywem i dalej...

W zatoce Jale do której prowadzi wąziutki asfalt wzdłuż zbocza, gdzie mijanka (a takie zdarzają się często) powoduje gęsią skórkę, znajduje się jedyny w Albanii Kemping - namioty z których się korzysta są już rozbite i z własnego nie wolno, woda w kranach słona i obowiązek korzystania z restauracyjki (nawet wody sobie nie można samemu upichcić!). My z niego nie korzystamy ponieważ primo powyższe, sekundo drogo (drożej niż w hotelu!), a poza tym chcemy dojechać do Sarandy, korzystamy za to z kąpieli w czyściutkim, modrym i cieplutkim morzu. Na miejsce docieramy późnym popołudniem... i zabieramy się za poszukiwanie noclegu. Z miejscem do spania krucho, na szczęcie spotykamy dziewczynę która posługując się "little english" zaprasza nas do swojego pensjonatu nad brzegiem morza. Jedziemy z przewodniczką i po chwili targów z Emilianą (tak ma na imię) taszczymy bambetle na II piętro do pokoju z widokiem na morze, Korfu i panoramą Sarandy.

Tu pozostajemy na kolejne 5 dni, robiąc sobie z tego miłego miejsca bazę wypadową po okolicy, a jest co zobaczyć.

Na pierwszy ogień idzie Butrinti z VII w. p.n.e. - ruiny miasta są bardzo dobrze zachowane, opłata za wstęp 700 leków pozwala je dość dokładnie zwiedzić z przewodnikiem w ręku, zajmuje to sporo czasu ale stan ruin jest warty poświęcenia.

Goszcząc w Sarandzie warto zwiedzić źródło "Błękitne oko" głębokości ok. 20 m i nikt nie wie co dalej - wypluwające wodę w ogromnych ilościach. Niektórzy śmiałkowie nawet skaczą do niego pomimo panujących w nim nie podzielnie 9`! Biorąc pod uwagę tamte temperatury to wyczyn niezły, ale ja pamiętam taką temperaturę w sierpniu w Bałtyku i też śmiałkowie się kąpali.

Po wyjściu z kąpieli można zjeść obiad na miejscu w restauracji wiszącej nad strumieniem. Objazd po okolicznych górach też jest bardzo ciekawą wyprawą - i da się to zrobić samochodem osobowym! W dalszą drogę postanowiliśmy ruszyć przez rodzinne miasto Hodży - Gjiokaster dalej przez Tepelenę do Beratu wszak ja ominąć miasto 1000 okien? No i tu czai się zagwozdka; "czerwoną" drogą jest to ok. 200 km, a "żółtą" 73km Co robi tzw. Normalny człowiek? Skręt kierownicy i leci "żółtą" - oj błąd, błąd ale o tym dowiadujecie się za późno. Na początku RÓWNIUTKI ASFALCIK, ale to tylko dla zmylenia przeciwnika, potem drobniutki szuterek, potem trochę grubszy i za chwilę jedziemy po tłuczonych kamieniach. To właściwe jeszcze nic - mapa mówi, że po drodze będą DWA rozgałęzienia, nic mylniejszego! Jest ich pełno, po pewnym czasie dochodzimy do wniosku, że na rozgałęzieniu uznajemy za "główną" drogę usłaną drobniejszymi nie kamiurami. Po jakiś 60 km krążenia po górach osiągamy szczyt, z góry widać w dole wijącą się rzekę i most, mapa ponownie idzie w ruch - dobrze jest ma być rzeka i most! Zjazd w dół zajmuje kolejną godzinę i już stoimy (z mapą w ręku) na moście, kierowca zaciera ręce z radości - przyglądam się mapie uważnie, potem rzece i... "Andrzej, ale ta rzeka płynie w odwrotną stronę (?)". Dowiaduję się, że mapy to ja czytać nie umiem, ale kolejne parę kilometrów i kończymy (razem z drogą) w kamieniołomie... Mój uśmiech zwycięscy nie na wiele się zdał, spotkany chłopek zrozumiał zapewne jedno słowo: - Berat? I po długiej konwersacji po której nasze języki i ręce zaczęły nas boleć okazało się, że z powrotem musimy pod górę i kierować się na maszt, a za masztem Berat!

Nie muszę dodawać, że antena była dwa pasma górskie przed nami, pojechaliśmy minęliśmy antenę i... widok lux, góry po horyzont, ale Beratu niet. Następny dobry człowiek (skąd on się tam wiął?) pomachał ręką przed siebie Berat, Berat! To my chciał, nie chciał w te góry, jedziemy, jedziemy co miniemy jakieś pasmo pojawia się następne, gdy już mieliśmy dość o 16:00 na zegarze w dole daleeeko zamajaczyło miasteczko wystarczająco duże, żeby mogło być Beratem, jechali, jechali i zajechali godz 19:00 - 82 km (pobłądziliśmy na 9 km) jechaliśmy 9 godzin.

Nasz Pan kierowca stwierdził "Dość na ten rok - wypylamy z tego pięknego kraju, jak na jedne wakacje wystarczy!" Pada pytanie - wytrzymacie do Ulcinija? Km w tzw. Piguły, godzina późna, ale widzę ten błysk w oku który mówi: "będę jechał, aż padnę ale JADĘ!" Rzuciłam okiem na dziewczyny z tyłu - "nam Mamo jest wszystko jedno do Ulcjinija!" Tylko małe co-nie-co musi wcześniej być, zjedliśmy u greka najpyszniejszy gyros na świecie i do auta, na miejsce dotarliśmy w burzy i ulewie o 2:00 w nocy, nawet z samochodu nie wyszliśmy na deszcz - zwinęliśmy się w kłębek i poszli spać. Podsumowując: wakacje bardzo udane! Pełne zaskakujących sytuacji - trochę straszno, trochę śmieszno. Za rok... tam wracamy i trochę więcej gór, przemodelujemy: nasze podejście, nasz bagaż, doposażymy auto i musimy kogoś z sobą wyciągnąć, to naprawdę przyjemne mieć z kim pogadać o tym, co nas spotyka na bieżąco, - będzie SUPER. Aaaaa muszę jeszcze dodać jedną ciekawostkę. Otóż moja starsza 14-letnia latorośl płci żeńskiej przedreptała (uwaga!) w skórkowych delikatnych klapeczkach typu japonki którym najodważniejszy z nas dałby co po najwyżej 2 tygodnie życia w Krakowie! Ponieważ z adidasów w tym upale pewnikiem wypłynęły by jej stópki, a sandały trackingowe zostały... starannie przygotowane do drogi rzecz jasna - w Krakowie. W ten sposób panna J. przebyła kamienistą drogę od poziomu 0 do 2200 npm i całe Albańskie wybrzeże! No i mały włos - zostałaby "alpinistą"! i co Wy na to?



***  Kliknij, aby powiększyć zdjęcie!  ***